kolekcjonersurowcow

Niezależny i multimedialny blog o inwestycjach egzotycznych.

Posts Tagged ‘inwestycje egzotyczne

Dlaczego warto inwestować w sztukę?

6 Komentarzy

Siłą napędową dla instytucji oraz osób prywatnych, do rozpoczęcia własnej kolekcji sztuki, jest uświadomienie korzyści biznesowych wypływających z obcowania ze sztuką.

Sztuka już od wielu lat systematycznie zdobywa popularność jako źródło zyskownych inwestycji. Kolekcjonowanie sztuki poza wymiernymi korzyściami finansowymi niesie za sobą wiele atutów, które można skutecznie wykorzystać do budowy prestiżowego wizerunku. Przyjrzyjmy się poszczególnym atutom płynącym z inwestowania w sztukę.

Public relations 
Kolekcja dzieł sztuki wyróżnia firmę spośród konkurencji, buduje indywidualizm i poczucie luksusu, prestiżu – które są najbardziej poszukiwanymi synonimami w public relations, co ma wpływ na pozycjonowanie marki. Kolekcje firmowe oraz indywidualne są elitarną formą inwestycji. Ponadto jest to doskonały sposób na budowanie wizerunku firmy.  Posiadanie kolekcji dzieł sztuki podnosi rangę korporacji. Jest sygnałem dla kontrahentów o długofalowym działaniu firmy.
Za przykład może tu posłużyć kolekcja Grażyny Kluczyk, która jest integralną częścią budowania wizerunku Starego Browaru 50/50  jako syntezy sztuki i biznesu.

czytaj dalej: całość artykułu dostępna w serwisie Giełda Inwestora 

Reklamy

Written by kolekcjonersurowcow

22 lutego 2012 at 10:44

Brazylijska kapibara – waluta alternatywna

with one comment

Kiedy ludzie przestają ufać obecnym walutom, rośnie popularność złota. Oczywiście wśród tych, których stać na jego zakup. A ci, których na niewiele stać, zaczynają korzystać z nowo powstałych „walut”. W taki oto sposób pojawiły się na rynku na przykład brazylijskie kapibary. Może i bankrutująca Grecja skorzysta z tego pomysłu?

Tak naprawdę trudno kapibarę nazwać walutą bez cudzysłowu, gdyż nie jest używana w całym kraju, nie mówiąc już o wymienialności międzynarodowej. Aby nie drażnić walutowych normalizatorów, przyjmijmy więc, że jest to po prostu waluta alternatywna. Jej nazwa pochodzi od żyjącego w Brazylii i w większości krajów Ameryki Południowej największego na świecie gryzonia o nazwie kapibara, którego waga może dochodzić aż do 65 kilogramów. Dla Latynosów jest to ważne zwierzę łowne ze względu na jego skórę i mięso. Jak czytamy na stronie internetowej ogrodu zoologicznego w San Diego, z uwagi na fakt, że stworzenie to dużo czasu przebywa w wodzie, w XVI wieku bullą papieską zostało zakwalifikowane do kategorii ryb. Dzięki temu lokalni katolicy mogą więc spożywać mięso kapibary w okresie postu. Kapibary są mocne, lubią tarzać się w błocie i świetnie pływają. Być może już to wróży im niezłą karierę na rynku walutowym. Patrząc na zdjęcie tego zwierzęcia, można odkryć intencje pomysłodawcy banknotów. Od razu nasuwa się bowiem pytanie, czy te siekacze będą w stanie wygryźć brazylijskiego reala. Pewnie nie, przede wszystkim dlatego, że są z nim związane, ale może uda im się choć wgryźć w brazylijski rynek pieniężny. Nie ma przecież powodu, dla którego musiałby istnieć w Brazylii tylko jeden system walutowy. Początki alternatywnych walut oczywiście do łatwych nie należą, co nie znaczy, że trudności są nie do przezwyciężenia. Jak pokazuje doświadczenie kapibar, taka waluta nie musi być zawsze tępiona jak szkodnik przez dany Bank Centralny. Może być przez niego nawet wspierana.

Kapibara wygryza reala?

Przy tworzeniu alternatywnej waluty można mieć dużo zabawy. Kto wie, takie banknoty mogą się stać dziełami sztuki, a może nawet z czasem osiągnąć dużą wartość kolekcjonerską. W przypadku kapibary jej nazwa została wybrana w drodze głosowania przez mieszkańców rolniczej miejscowości Silva Jardim w Brazylii, znajdującej się około 100 km od Rio. To oni zatrudnili również artystę do zaprojektowania wyglądu banknotu – czytamy w „Wall Street Journal”. Oprócz wizerunku zwierzęcia, na banknocie znajdują się różnego typu zabezpieczenia, takie jak numer seryjny, znaki wodne czy hologram. Wszystko wygląda tak jak na typowych banknotach pieniężnych. Obecnie kapibar nie ma w obiegu zbyt wiele, więc aby móc się nimi posługiwać, należy je nabyć w specjalnie do tego celu utworzonym Banku Kapibar. Jak dotąd wyemitowano ich 50 tysięcy. Jako zabezpieczenie Bank trzyma ich równowartość w 50 tys. reali w tradycyjnym banku. Wartość jednej kapibary równa jest bowiem jednemu brazylijskiemu realowi. Kapibary zdają się jednak mieć czasem wyższość nad realami, gdyż przy transakcjach przy użyciu tych pierwszych można spodziewać się specjalnych zniżek. Intencją pomysłodawców było bowiem zachęcenie 23 tys. mieszkańców Silva Jardim do wydawania pieniędzy we własnej społeczności i pobudzenie lokalnego handlu. Jak czytamy w „Wall Street Journal”, ludzie płacą kapibarami za różne usługi, np. wizytę u fryzjera, dania w restauracji, a nawet wrzucają je na tacę w kościele. Wydają je również w supermarkecie, a nawet płacą swoim pracownikom. Aby jeszcze bardziej rozszerzyć użycie tej lokalnej waluty, mer miasta, Marcello Zelão, zaplanował nawet otwarcie Megasklepu Kapibary, gdzie lokalni wytwórcy mogliby sprzedawać swoje produkty tylko za kapibary. Jak tłumaczył, mieszkańcy Silva Jardim pracują zwykle w bogatszych miastach i tam właśnie wydają swoje pieniądze. Kapibary z lokalnymi zniżkami mają właśnie temu zapobiec. Aby tak się stało, są celowo drukowane tylko w małych nominałach, aby ułatwiać ich wydawanie, a nie gromadzenie.

Skąd wzięły się kapibary?

Na pomysł tworzenia alternatywnych walut wpadł Joaquim Melo, młody aktywista społeczny, dziś prezes Palmas Bank Institute of Solidarity Development and Socioeconomics. Przejęty losem bliźnich Melo w trakcie studiów teologicznych pracował w biednych dzielnicach różnych miast Brazylii. Choć po latach zrezygnował ze stanu kapłańskiego, nadal zajmował się działalnością społeczną jako osoba świecka. Pomysł tworzenia nowej waluty miał być for-mą pomocy dla lokalnej ludności. Do dziś widać, że alternatywne pieniądze pojawiają się właśnie tam, gdzie ludzie praktycznie nie mają czym płacić z powodu kryzysu gospodarczego. Pierwszą lokalną walutą Brazylii stały się wymyślone przez niego palmy, którymi płacono w 30-tysięcznej miejscowości Conjunto Palmeiras. W 1998 roku rozwiązanie to spotkało się niestety z negatywną, a nawet agresywną odpowiedzią władz, które wysłały policję w celu konfiskaty jeszcze niewydrukowanych banknotów. Melo zdołał jednak przekonać władzę, że palmy nie stanowią żadnego zagrożenia dla reala, gdyż przecież funkcjonują razem z nim, a właściwie są nie tyle formą pieniędzy, co kuponów. W 2005 roku władza zaprzestała walki z palmami, a nawet pomogła Melo utworzyć lokalne filie tych społecznych banków. I tak sprawa kręci się do dziś. Podobne formy płatności w papierowej formie pojawiają się w różnych miastach i dzielnicach, szczególnie biednych. Oprócz kapibary w Brazylii funkcjonują 62 formy pieniądza nazywane sympatycznie na cześć słońca, kaktusa, brazylijskiego orzecha lub skrótowcem od nazwy miasta, w którym są używane (np. Cidade de Deus – CDD). Rozwiązania Melo, pioniera alternatywnych walut społecznych, zostały uznane za zupełnie wyjątkowy system na świecie. I rzeczywiście stają się popularne i pojawiają tam, gdzie przychodzi kryzys.

Alternatywne waluty na świecie

Według japońskiego eksperta międzynarodowych systemów walutowych, Miguela Yasuyuki Hiroty, który zajmuje się ich badaniem i propagowaniem na świecie, istnieje około 5 tysięcy rozmaitych systemów barterowych. Nie wszystkie oczywiście oparte są na alternatywnych walutach, w wielu można po prostu wymieniać dobra lub/i usługi. Jednym z najbardziej popularnych przykładów tej drugiej kategorii są banki wymiany czasu, gdzie ludzie wymieniają się swoją wiedzą czy umiejętnościami. Inne funkcjonują bardziej na zasadzie wymienialnych kuponów, przypominających z wyglądu banknoty pieniężne. Kapibary należą do tych najbardziej zbliżonych do prawdziwych walut. W artykule „Social Currency Systems Emerge to Supplement Money in Argentina” Global Press Institute czytamy za to, że różne formy barteru czy walut funkcjonują w całej Ameryce Południowej, a nawet są regulowane i promowane nie tylko w Brazylii, ale także w Wenezueli i Ekwadorze. Pojawiają się również poważne walutowe eksperymenty w Peru i Kolumbii, a Boliwia i Urugwaj też mają zamiar z nich skorzystać. Wygląda na to, że władza nie widzi sensu z nimi walczyć. Adela Plasencia, autorka książki „Social Currency and Supportive Markets”, uważa, że takie społeczne systemy walutowe nie zastępują, ale mogą uzupełniać te konwencjonalne. Do tego wspomagają rozwój lokalny, a przez to również mają wpływ na ograniczenie bezrobocia. Bezrobocie w Brazylii wynosiło kiedyś ponad 20%, dziś jest rekordowo niskie – na poziomie 6%. Co na to powie Grecja, borykająca się z 15-procentowym bezrobociem, a wśród młodych (15-24-letnich) aż 25-procentowym, które zapewne jeszcze wzrośnie?

Dobra rada dla Grecji?

Być może Grecy powinni posłuchać eksperta The New Economics Foundation, według którego szczególnie doświadczenie Brazylii może być odpowiedzią na skutki kryzysu. David Boyle z tego brytyjskiego think tanku przypomina, że lekcji walutowych powinniśmy szukać w czasach średniowiecza, kiedy oprócz monet srebrnych i złotych w obiegu znajdowały się również monety cynowe, pozornie nic nie warte, dzięki którym ludzie mogli dokonywać wszelakich transakcji. W swoim artykule „What Greece can learn from Brazil” Boyle pisze, że argentyńskie doświadczenie z bankructwem oraz eksperymenty z alternatywnymi walutami w Brazylii i Urugwaju mogą przydać się zrujnowanemu społeczeństwu Grecji. Kiedy nie będzie tradycyjnych pieniędzy, trzeba będzie wymyślić lokalne formy wymiany – pisze ekspert brytyjskiej fundacji. Latynosi coś o nich wiedzą. Boyle wyjaśnia, że argentyński eksperyment był nawet całkiem udany, gdyż aż 2 miliony ludzi posługiwało się kuponami aż do momentu, kiedy zaczęto je masowo podrabiać. Przyczyną upadku tego systemu był również zapewne fakt, że z Globalnymi Klubami Barterowymi walczył Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz Bank Centralny. Taka sytuacja powtarzała się w innych krajach Ameryki Południowej, gdzie banki centralne – tak jak wszędzie – roszczą sobie prawo do utrzymania monopolu na pieniądze. Jak wiemy, w Brazylii aż tak źle już nie jest. Jak pisze Boyle, jest tam około 51 banków lokalnych waluty społecznej, które nie tylko emitują banknoty, ale również przyznają nisko oprocentowane kredyty. Na rok 2012 przewiduje się w Brazylii otwarcie 300 nowych placówek tego typu. Może więc kapibary jednak zadomowią się w Brazylii na stałe?

Źródło: http://www.nczas.home.pl, Natalia Dueholm, 01.11.2011

Written by kolekcjonersurowcow

3 listopada 2011 at 14:15

Sprawdź, aby nie zmarnować pieniędzy

leave a comment »

Z obserwacji rynku fotografii wynika, że klienci marnują pieniądze, ponieważ nie wiedzą, jakie kryteria techniczne spełniać powinna współczesna fotografia kolekcjonerska. Rozmowa z Jerzym Łapińskim, rzeczoznawcą w dziedzinie fotografii.

Rz: Z obserwacji rynku fotografii wynika, że klienci dość często marnują pieniądze, ponieważ nie wiedzą, jakie kryteria techniczne spełniać powinna współczesna fotografia kolekcjonerska. Jest pan biegłym sądowym, rzeczoznawcą resortu kultury. Jest pan też fotografikiem i kolekcjonerem. Na czym polega techniczna wartość fotografii kolekcjonerskiej?

Jerzy Łapiński: Odbitka powinna być przede wszystkim trwała.

Jak to sprawdzić?

Odpowiednim odczynnikiem na marginesie odbitki sprawdzamy, czy zdjęcie jest poprawnie wypłukane z utrwalacza. Umieszcza się kroplę roztworu na marginesie zdjęcia. Po trzech minutach się sprawdza, na ile fotografia zżółkła. Jeśli jest lekko słomkowy kolor, to w porządku. Gdy jest ciemno brązowy, oznacza to, że stężenie pozostałości utrwalacza jest za wysokie i jest to nietrwała odbitka. Zawarty w utrwalaczu tiosiarczan rozpuszcza srebro na obrazie. Takie próby rutynowo wykonuje się na rynku fotografii, np. w USA. Amerykańskie galerie, przyjmując zdjęcia do sprzedaży, standardowo robią te testy, żeby nie wprowadzać w błąd klientów. Technika ta w Polsce jest dostępna, ale takich testów się nie robi.

W profesjonalnie wykonanych odbitkach wokół obrazu pozostawiony jest biały margines, popularnie mówiąc „ramka”, aby można było sprawdzić trwałość?

Generalnie test robi się po stronie emulsji. Gdy nie ma ramki, można sprawdzić trwałość na odwrocie odbitki. Oczywiście z powodu braku miejsca zaledwie sygnalizuję problem.

Istnieje równie prosty test trwałości dla odbitek kolorowych?

Jeśli jest to odbitka barwna wykonana tradycyjną powszechnie stosowaną metodą w procesie RA4, to na pewno odbitka ta nie jest trwała! Jeśli chodzi o trwałość, to mimo moich zastrzeżeń do wydruku jest on jednak wielokrotnie trwalszy od tradycyjnej odbitki barwnej.

Dlaczego?

Obraz na odbitce barwnej tworzony jest w procesie chemicznym, który tak naprawdę nigdy się nie kończy. Wytworzone barwniki są szalenie podatne na wpływy promieniowania UV, wilgotności, temperatury i innych czynników działających destrukcyjnie na obraz fotograficzny.

Kolekcjonerzy na całym świecie mają wielki problem z odbitkami barwnymi.

One przestają się starzeć dopiero w ujemnych temperaturach, w całkowitej ciemności, w odpowiednio suchym klimacie. Jakość obróbki ma niewielki wpływ na trwałość, destrukcyjnie działa tu sama technologia wykonania.

A jeśli chodzi o wydruki?

Z testów wynika, że są trwalsze. Ale tak naprawdę faktyczną miarą trwałości jest historia. One nie istnieją wystarczająco długo, żebyśmy nie mieli wątpliwości. Wiemy na przykład, że odbitka czarno-biała na papierze, odpowiednio przechowywana, nie zmienia się przez 100 lat, bo istnieją takie odbitki. Na pewno wydruki pigmentowe są trwalsze, bo atramentowe bazują na chemii, która jest rozpuszczalna w wodzie. Gdybym jako kolekcjoner miał do wyboru klasyczną odbitkę czarno-białą i wydruk, to oczywiście wybrałbym tę pierwszą, ponieważ jest najtrwalsza.

Jak przechowywać fotografie kolekcjonerskie, aby cieszyły nas 100 lat?

Najlepiej bez światła, w wilgotności 40 – 50 proc. Jak jest za sucho, to może pękać emulsja. Gdy jest zbyt wilgotno, tworzą się zarodki bakterii. Zdjęcia powinny być trzymane z dala od chemii: farb, rozpuszczalników, kwasów, zwłaszcza związków siarki.

Nie należy przechowywać zdjęć w nowej szafce z płyty paździerzowej, która paruje chemikaliami?

To odpada! Może to być szafa metalowa, polakierowana specjalną neutralną farbą. Zdjęcia powinny być przechowywane w pudełkach z papieru z tzw. buforem zasadowym. Środowisko kwaśne szkodzi odbitkom, bo srebro reaguje z kwasami. Silnie zasadowy papier stanowi bufor dla ewentualnej agresji ze strony kwaśnego środowiska. W specjalistycznych sklepach papiery i tektury mają odpowiednie oznaczenia poziomu zasadowości.

Obserwuje pan rynek. Porozmawiajmy wprost o grzechach antykwariuszy.

Na każdej aukcji widać zdjęcia, które nie powinny trafić do sprzedaży, bo są to odbitki barwne wykonane w latach 70., czyli minęła już ich trwałość. Często widać na nich nienaturalną czerwień. Oznacza to, że zaczął się proces psucia obrazu. Odbitki barwne wytrzymują góra pięć lat. Widuję odbitki przesadnie czerwone, to znaczy, że one już straciły kolor. Pierwszy objaw jest taki, że odbitka traci kolor niebieski i wszystko zaczyna się robić nienaturalnie brązowoczerwonożółte.

Mam starsze odbitki i są super!

Gdy zrobi pan redaktor dziś odbitkę porównawczą z tego samego negatywu, okaże się, że zmiany kolorów są jednak ewidentne!

Wróćmy do grzechów antykwariuszy.

Klient powinien być informowany w katalogu, że nie ma gwarancji trwałości na odbitkę barwną. Oferowanie odbitek na podłożu plastikowym jest błędem w sztuce, ponieważ to podłoże nie jest trwałe! To tak, jakby ktoś oferował rzeźbę z lodu, która za chwilę zacznie się rozpuszczać.

Moim zdaniem zdjęcia powinny posiadać pisemną gwarancję autora, że proces chemiczny został poprawnie przeprowadzony.

Czy konflikty prawne występują na polskim rynku fotografii?

Rynek istnieje zbyt krótko, żeby ujawniły się sprawy, o których mówimy. Klienci nie są jeszcze w pełni świadomi swoich praw i zagrożeń. Problemy ujawnią się za jakieś pięć lat, gdy zaczną znikać niektóre kupione na aukcjach odbitki barwne.

Są falsyfikaty?

To problem na razie ujawniany w niewielkiej skali. Miałem do czynienia z kilkoma falsyfikatami zdjęć Beksińskiego i Hartwiga. Fałszerz starał się uwiarygodnić swoją pracę, przystawiając na odwrocie wiele pieczęci wystaw i organizacji fotograficznych. Dla fachowca widoczne były ślady reprodukcji na falsyfikacie.

Jeśli ktoś kolekcjonuje fotografie Beksińskiego, to wie, jak wyglądają oryginały, ich podłoże, jaka jest np. kontrastowość światła, poziom czerni. Szarości, czernie, biele – tego typu cechy u każdego autora są cechami stałymi. Może je osiągnąć tylko artysta pracujący w ciemni.

Dlatego odbitka osobiście wykonana przez artystę ma wyjątkową wartość kolekcjonerską, a więc estetyczną i techniczną?

Tak. Takich indywidualnych niuansów nie daje wydruk ani wołanie w typowym laboratorium.

Warto chodzić na wystawy i oglądać oryginały, aby odróżniać je od podróbek?

Oglądanie zdjęć w Internecie mija się z celem. Nie widzimy jakości technicznej fotografii ani niuansów, o jakich powiedzieliśmy.

Problemem polskiego rynku jest to, że odbitki nie są sygnowane przez autorów, nie mają podanego nakładu, zwłaszcza te modne dziś, z czasów PRL. Antykwariusze twierdzą, że są to pojedyncze odbitki wystawowe.

Nie wierzę w pojedyncze odbitki wystawowe! Gdy nie istniał Internet, to można było zaprezentować swój dorobek, wysyłając wiele odbitek na różne konkursy. Podchodziłbym z dużą rezerwą do twierdzenia sprzedawcy, że nieopisana odbitka ma charakter unikatowy. Może mieć taki charakter, ale nie ma gwarancji, że nie wypłyną na rynek kolejne takie same autorskie odbitki! Znam autorów, którzy w czasach, o których mówimy, robili po kilkadziesiąt takich samych odbitek i wysyłali je na wszelkie możliwe wystawy, żeby zaistnieć! Numerowanie odbitek zaczęło się w Polsce dopiero kilka lat temu.

Przed zakupem zdjęcia powinniśmy skalkulować, czy opłacalna i możliwa jest jego konserwacja.
Jak są ubytki emulsji, to nie da się jej odtworzyć. Można próbować fachowo usunąć pleśń z odbitki, tym zajmują się konserwatorzy, np. w archiwum akt dawnych. Konserwatorzy wyceniają koszt usługi zwykle na podstawie roboczogodziny.

Na młodym polskim rynku za ekspertów w dziedzinie fotografii podają się historycy sztuki, nierzadko wczorajsi absolwenci. Przypomnijmy, jakie pan ma kwalifikacje do oceny zdjęć.

Jestem magistrem inżynierem poligrafem. W związku z tym znam technologię papieru, farb, drukowania, chemię w tym zakresie. Fotografią w praktyce, czyli w ciemni, zajmuję się od 40 lat. Wywołuję zdjęcia dla siebie i usługowo dla innych autorów. Na mojej stronie są podstawowe informacje przydatne kolekcjonerom fotografii (www.fotolapinski.eu).

Źródło: http://www.rp.pl, Janusz Miliszkiewicz, 30.04.2009

Written by kolekcjonersurowcow

1 listopada 2011 at 10:39

Milion za… komiks

leave a comment »

„Milion dolarów za… komiks o Batmanie” – pod koniec lutego świat opłynęła zaskakująca, sądząc po sugestywnym wielokropku, informacja o rekordowej cenie, jaką za oceanem osiągnął egzemplarz 27. numeru Detective Comics. Niedowierzanie było tym większe, że trzy dni wcześniej podobny rekord pobił Superman. Milion – bez względu na kurs dolara – poważnie działa na wyobraźnię, lecz wszyscy Ci, którzy z nadzieją na krociowe zyski ruszyli do piwnic w poszukiwaniu starych zeszytów „Tytusa, Romka i Atomka”, powinni się wstrzymać.

Milion – bez względu na kurs dolara – poważnie działa na wyobraźnię, lecz wszyscy Ci, którzy z nadzieją na krociowe zyski ruszyli do piwnic w poszukiwaniu starych zeszytów „Tytusa, Romka i Atomka”, powinni się wstrzymać – rynek przedmiotów kolekcjonerskich rządzi się bowiem surowymi prawami i sześciocyfrowe kwoty jeszcze długo nie będą wpływały na konta nadwiślańskich licytantów.

Pierwszy rekord padł we wtorek, 23 lutego, kiedy na akcję wystawiony został debiut Supermana z 1938 roku – premierowy zeszyt serii Action Comics. Człowiek ze stali nie od razu był bowiem ikoną popkultury i swojego tytułu doczekał się później; w latach trzydziestych musiał jeszcze dzielić łamy z innymi bohaterami akcji. Wejście miał jednak na tyle mocne, że w krótkim czasie komiks ten uznano za święty Graal kolekcjonerskiego rynku.

Niemniej Batman – choć zadebiutował rok później, właśnie w 27. numerze Detective Comics – okazał się o włos lepszy. Podczas gdy Superman sprzedany został za równy milion dolarów we wtorek, w czwartek rekord należał już do Nietoperza. Anonimowy nabywca zapłacił 1,075,500 dolarów.

Koniec lat trzydziestych to w historii amerykańskiego komiksu początek tzw. złotego wieku, kiedy narodzili się bez cienia wątpliwości najsłynniejsi superbohaterowie. Superman i Batman, mimo silnej konkurencji, niezmiennie utrzymują się w pierwszej lidze i nie wydaje się, żeby kiedykolwiek mieli z niej wypaść. Sędziwy wiek nie tylko nie przeszkadza herosom w trykotach walczyć ze zbrodnią, ale też zwiększa ich wartość rynkową, bo kilkudziesięcioletnie komiksy to nierzadko kolekcjonerskie rarytasy. Mowa tu jednak wyłącznie o egzemplarzach zachowanych w dobrym stanie, a co za tym idzie, wysoko ocenionych przez niezależnych ekspertów.

Skala CGC

W amerykańskich mediach podawano noty, jakie oba rekordowe komiksy uzyskały w dziesięciopunktowej skali CGC – w obu przypadkach było to 8.0. W Polsce informacja ta z oczywistych względów została pominięta, a jej brak mógł nieco zakrzywiać obraz transakcji dokonywanych na amerykańskim rynku, który nijak już nie przypomina Dzikiego Zachodu.

Comic Guaranty Corporation (CGC) jest bowiem niezależną organizacją specjalistów powołanych do oceniania komiksów kolekcjonerskich. Powstała w 2000 roku jako próba wprowadzenia ogólnych regulacji, które usprawniłyby funkcjonowanie rynku i zapobiegły spekulacjom, które były przyczyną jego załamania w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Dziesięciopunktowa skala ustanowiona została w oparciu o znane już wcześniej, dosyć naturalne w przypadku przedmiotów kolekcjonerskich kryteria – stan, unikalność i wartość przypisana im przez odbiorców. Po drobiazgowych oględzinach komiks trafia do zapieczętowanej, plastikowej kasetki, która ma go uchronić przed zniszczeniem. Tym samym staje się tylko i wyłącznie kolekcjonerskim artefaktem.

Oznaczenie CGC jest najważniejszym, powszechnie uznawanym kryterium „jakości” danego towaru – tylko komiksy z najwyższymi notami liczą się w grze o wysokie stawki. Transparentność w przyznawaniu poszczególnych ocen sprawia, że inwestycje w komiksy stały się względnie bezpiecznym obszarem lokowania kapitału, ponieważ ryzyko spekulacji w znacznym stopniu zostało zredukowane.

Wzrosło zaufanie inwestorów, którzy dopiero teraz skłonni byli poważnie traktować ten segment rynku – podobnie jak inwestycje w sztukę, stare monety czy w przedmioty bibliofilskie. To właśnie dzięki wprowadzeniu restrykcyjnych standardów Batman mógł sięgnąć po milion – poprzedni rekord, przed wprowadzeniem skali, wynosił „zaledwie” 317 200 dolarów.

CGC cieszy się na razie pozycją monopolisty i nawet najbardziej precyzyjne ekspertyzy postronnych biegłych nie są w stanie wywindować ceny komiksu tak, by mógł on rywalizować o uwagę najzamożniejszych inwestorów. Wysoka nota w skali CGC może nawet dwukrotnie zwiększyć wartość komiksu w stosunku do analogicznego numeru bez takiej oceny.

Rynek komiksów kolekcjonerskich jest jednak dużo starszy niż skala CGC, którą wprowadzono stosunkowo niedawno. Jak przedtem określano wartość komiksowych skarbów? Nieśmiałe regulacje wprowadzono już w latach siedemdziesiątych – wtedy powstawały pierwsze poważniejsze kompendia cenowe, z których najbardziej znanym jest przewodnik Overstreeta. Zawierał on 14-stopniową skalę – w ogólnym założeniu dosyć podobną do skali CGC. Ta wczesna próba zapanowania nad coraz bardziej chaotycznym rynkiem okazała się niestety całkowicie nieudana.

Załamanie rynku

Przewodnik Overstreeta, choć miał wyznaczać ogólne standardy i zapobiegać dmuchaniu bańki spekulacyjnej, paradoksalnie przyczynił się do załamania rynku komiksów kolekcjonerskich, a w efekcie do bankructwa jednego z dwóch największych graczy w branży wydawniczej – Marvela.

Jak mogło dojść do upadku giganta, który w swojej stajni ma Spider-Mana, Hulka, Iron Mana i Wolverina? Początkowo nic tego nie zapowiadało.

Dynamiczny rozwój rynku można było zaobserwować już w latach sześćdziesiątych, kiedy zaczęła się tzw. srebrna epoka komiksu. DC Comics postanowiło „odkurzyć” swoich starych bohaterów i dopasować ich do zmieniającej się rzeczywistości. Marvel nie pozostał bierny i stworzył całą plejadę nowych postaci, które sprawiły, że rywalizacja o uwagę odbiorców nabrała tempa.

Komiksy superbohaterskie stały się integralną częścią kultury amerykańskiej a zyski z ich sprzedaży zarówno DC Comics, jak i Marvela uczyniły potentatami na rynku. W naturalny sposób wzrósł również potencjał rynku kolekcjonerskiego. Najbardziej poszukiwane były oczywiście numery z lat trzydziestych, jednak na fali ogólnego optymizmu sprzedawano i kupowano właściwie wszystko – opierając się na zasadniczo błędnym założeniu, że wartość każdego komiksu będzie systematycznie wzrastać. Ceny coraz bardziej odrywały się od rzeczywistości, co umiejętnie wykorzystywały wydawnicze koncerny, podsycając zainteresowanie kolekcjonerów sprytnymi zabiegami marketingowymi.

Dotyczyły one zarówno edytorskiej strony komiksów – jeden tytuł wydawano na przykład w kilku wersjach, z różnymi okładkami i dodatkiem rzadkich gadżetów – jak i warstwy fabularnej. Debiut superherosa lub jego śmierć podnosiła ciśnienie nie tylko fanom, ale przede wszystkim kolekcjonerom. Najsłynniejszą ofiarą tych makabrycznych zabiegów był Superman – doniesienia o jego upadku znalazły się na łamach gazet w całych Stanach Zjednoczonych, co dawało nadzieję, że po latach sprzeda się on tak samo, jak jego premierowy występ. I bez znaczenia był fakt, że w nieodwracalność losu Supermana wierzyli tylko najbardziej naiwni.

Kolekcjonerzy opętani pragnieniem zysku zapomnieli o podstawowym kryterium, które decyduje o wartości danego przedmiotu – o unikalności – co wydawcom skoncentrowanym na zwiększeniu sprzedaży było jak najbardziej na rękę. Zalewali oni rynek tytułami, które już w momencie publikacji przeznaczone były do kolekcji. Nabywcy kupowali je niemal hurtowo, czym automatycznie pozbawiali się jakiejkolwiek szansy na przyszłe zyski.

Strategia wydawców okazała się słuszna jedynie na krótką metę – podaż w końcu przeważyła nad popytem i Marvel runął z hukiem, w 1996 roku ogłaszając bankructwo. Wraz z nim upadłość ogłosiło ponad 2/3 punktów dystrybuujących komiksy.

Skala CGC ma chronić rynek od podobnych implozji w przyszłości. Jak więc sprawdza się ona w roli gwaranta stabilności? Sądząc po ostatnich rekordach – całkiem dobrze. Wprowadzenie powszechnie uznanego systemu oceniania komiksów kolekcjonerskich, spowodowało wzrost zaufania inwestorów, co w prostej linii przełożyło się na ceny, jakie skłonni byli zapłacić za poszczególne egzemplarze.

Rynek komiksów kolekcjonerskich stał się alternatywą do inwestycji tradycyjnych, które w czasach ekonomicznego kryzysu obciążone były ogromnym ryzykiem – pojawiły się nawet opinie, że rekordowe ceny nieprzypadkowo padły właśnie teraz, kiedy świat z głęboką traumą zaczyna wygrzebywać się z ekonomicznego dołka.

Założenie, jakoby rynek ten był całkowicie wolny od gospodarczych perturbacji, wydaje się jednak niebezpiecznym nadużyciem. Podobnie jak na rynku sztuki, recesji oprzeć mogą się jedynie przedmioty z najwyższej kolekcjonerskiej półki. Cała reszta nie jest niestety kuloodporna.

Źródło: http://www.inwestycje.pl, Kaja Grzybowska, 22.03.2010

Written by kolekcjonersurowcow

18 października 2011 at 06:06

Klasyki Made in Poland

leave a comment »

Historia polskiej motoryzacji nie jest najbarwniejsza na całym świecie, nie jest również najciekawsza w Europie. Jest jednak nasza, jest jakaś, ma zapach radzieckiej pabiedy, turyńskiego Fiata i polskiej myśli technicznej, niesie za sobą kilka ciekawych aut-rodzynków rodzimej motoryzacji, które do tej pory wzbudzają nasz entuzjazm i które utrzymane w nienagannym stanie mogą być ciekawą propozycją dla inwestorów.

Nie tylko na licencji, czyli 20-to lecie międzywojenne

Nasza sytuacja geo-polityczna pomiędzy obiema Wojnami Światowymi nie sprzyjała rozwojowi motoryzacji. W czasie gdy Anglicy, Włosi, Francuzi czy Niemcy mogli cieszyć się dynamicznym rozwojem tej dziedziny w swoich krajach, na naszych, fatalnej jakości drogach, aut było jak na lekarstwo. Byli jednak ludzie, pasjonaci, którzy próbowali własnymi siłami zmotoryzować przedwojenną Polskę. Jednym z takich ludzi był inżynier Tadeusz Tański, a jego dzieło to pierwszy całkowicie wyprodukowany w Polsce samochód osobowy CWS-T1. Auto zostało zaprojektowane w 1922 roku a pierwszy egzemplarz opuścił warszawskie Centralne Warsztaty Samochodowe w 1928 roku. Była to bardzo ciekawa i nowoczesna jak na owe czasy produkcja. Cały samochód razem z zespołem napędowym można było rozebrać za pomocą jednego klucza, ponieważ wszystkie połączenia gwintowe w tej konstrukcji były jednakowe – M10 x 1.5. Auto produkowano w małych seriach i w różnych odmianach nadwozia w łącznej ilości około 500 egzemplarzy.

Era Fiata, czyli nasze ale na licencji

Już przed II Wojną Światową, dokładnie 2-go września 1931 roku polskie władze podpisały umowę na produkcję w Warszawie samochodów marki Fiat. Początkowo produkowane były modele 508 oraz 518, ale autem na które chciałem zwrócić Państwa szczególną uwagę jest Fiat Topolino, którego produkcja rozpoczęła się w Polsce w 1937 roku. Jest to auto legenda, które swoją nazwę – Topolino, czyli z jęz. włoskiego mała myszka – zawdzięcza swoim wymiarom i osiągom. Obrazowo Fiata Topolino można opisać trzema krótkimi hasłami: 13 KM, 85 km/h i 6L/100km/h, czyli oczywiście moc małego 4-ro cylindrowego silnika, prędkość maksymalna i średnie zużycie paliwa. Ten 2-osobowy pojazd zmotoryzował Włochy i sprzedał się w łącznej ilości ponad pół miliona egzemplarzy. Swoją popularność zawdzięczał m.in. niskiej cenie, która wynosiła 10000 lirów włoskich, obecnie zadbany egzemplarz to wydatek rzędu 10000 Euro.

Zimna Wojna, czyli licencja na…Pabiedę

Po roku 1946, w okresie zimnej wojny między wschodem a zachodem, kapitalistyczny Fiat musiał pójść w odstawkę. W zamian za to tatko Stalin obdarował nas licencją na produkcję samochodu marki Pabieda, czyli popularnej Warszawy. Była to konstrukcja już wtedy delikatnie rzecz ujmując nie najświeższa, wręcz siermiężna. Przez pierwszych parę lat produkcji Warszawy, polscy inżynierowie dokonali modernizacji ponad 200 jej elementów, m.in. zmniejszając masę pojazdu o 220kg. Po 1962 roku auto dostaje, nowy górnozaworowy silnik o zwiększonej do 71KM mocy, 2 lata później wychodzi wersja sedan. Ostatecznie produkcję zakończono w roku 1973, a taśmy warszawskiej fabryki opuściło ponad ćwierć miliona Warszaw w różnych odmianach nadwozi. Żeby dziś poczuć smak powojennej polskiej motoryzacji, trzeba przygotować się na wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych. To niewiele za taki kawał historii!

Silnik od strażackiej motopompy plus odrobina fantazji = Syrena

Kiedy w 1951 roku rozpoczynano seryjną produkcję Warszawy, wiadome było, że ze względu na jej zacofaną konstrukcję, nie zmotoryzuje ona powojennej Polski. W 1953 roku rozpoczęły się pracę nad prototypem nowego samochodu osobowego, który miał wykorzystać część rozwiązań Warszawy, przekonstruowany silnik strażackiej pompy wodnej oraz nowe nadwozie zaprojektowane przez zespół specjalistów pod kierownictwem inżyniera Panczakiewicza. Tak powstała Syrena 100 i jej kolejne wcielenia, czyli modele od 101 do 105. Były również syreny z oznaczeniami S po 3 cyfrach, te napędzane były dwusuwowymi silnikami z Wartburga i oznaczały się największą „dynamiką” z całej gamy. W latach 60-tych Syrenki brały nawet udział w Rajdzie Monte Carlo – największy sukces to 96 miejsce w 1961 roku. Chlelibyście Państwo wiedzieć jak trzeba było się namęczyć na te 96 miejsce? – trzeba się przyszykować na wydatek rzędu 7 tys. PLN za zadbany egzemplarz.

Przeskok technologiczny w FSO

Od koniec 1965 roku nadszedł czas żeby jednak pogodzić się z zachodem i podpisana została kolejna umowa licencyjna z Fiatem, tym razem na produkcję modelu 125p. Mimo, że jego rozwiązania konstrukcyjne sięgały lat 50-tych, był ogromnym przeskokiem technologicznym w stosunku do Warszawy i Syreny. Dzięki tej licencji Żerańskie FSO zamieniono się z manufaktury w nowoczesną jak na tamte lata halę produkcyjną. Pierwsze egzemplarze zjechały z taśm pod koniec 1967 roku i od razu zyskały doskonałe recenzje. W początkowej fazie produkcji montowane były silniki o pojemności 1300, w późniejszych fazach, 2 odmiany silnika 1500 oraz najmocniejszy – 1600. Mieć takie auto w tamtych czasach to było coś, w końcu jeździł nim sam porucznik Borewicz ze słynnego serialu 07 zgłoś się, auto odnosiło sukcesy w sporcie – m.in. 24 miejsce w klasyfikacji generalnej rajdu Monte Carlo w 1971 roku, było doceniane i doskonale sprzedawało się na zachodzie. Łącznie wyprodukowanych zostało niemalże 1.5 mln tych aut. Dziś ceny dobrze utrzymanych Polskich Fiatów 125p z lat 70-tych wahają się od kilku do nawet 40 tys. PLN.

Ostatni przystanek: Polonez 1500

Ostatnim autem, o którym chciałem wspomnieć, bo ciężko je pominąć przy takiej okazji, jest FSO Polonez 1500. Samochód został zaprojektowany w latach 70-tych i opierał się w dużej mierze na rozwiązaniach z Fiata 125p (włącznie z płytą podłogową). Nowo zaprojektowane nadwozie typu hatchback odznaczało nowoczesną jak na tamte czasy linią, zapewniało też spory poziom bezpieczeństwa biernego – zastosowano m.in. wzmocnienia boczne w drzwiach i kontrolowane strefy zgniotu. Najpopularniejsza wersja wyposażana była w znany z Polskiego Fiata silnik 1500 o mocy 82 KM, ale wypuszczono również m.in. krótką serię z 2-litrowym silnikiem DOHC znanym z Fiata 132. Z kolekcjonerskiego punktu widzenia najbardziej ciekawą wersją wydaję się być Polonez Coupe, których to wyprodukowano ok. 400 sztuk w związku z czym niesłychanie ciężko o taki egzemplarz na rynku. Aby na nowo zasmakować polskiego luksusu z przełomu lat 70-tych i 80-tych trzeba wydać ok. 5 tys. złotych.

A jednak mają w sobie to coś

Polska motoryzacja urodziła kilka ciekawych samochodów, które może nie były do końca nasze, bo przeważnie na licencji, nie były też najbardziej zaawansowane technologicznie i które rzadko kiedy budziły podziw reszty motoryzacyjnego świata, ale te auta po latach to często dobre wspomnienia i duża dawka nostalgii. Ponadto dobrze utrzymane mogą się podobać i wzbudzać podziw przechodniów. Z inwestycyjnego punktu widzenia ich atutem jest na pewno stosunkowa niska cena i duża baza warsztatów, specjalistów, którzy są w stanie pomóc w utrzymaniu ich w idealnej kondycji, na którą z całą pewnością zasługują.

Źródło: http://www.inwestycjealternatywne.com, Paweł Kruszewski, 20.03.2008

Written by kolekcjonersurowcow

17 października 2011 at 07:45

[wideo] Spisek Bogatych: 13-16/16 „Jak dajemy się okradać każdego dnia” – Robert KIYOSAKI

leave a comment »

Spisek Bogatych – 13 Jak dajemy się okradać każdego dnia

Spisek Bogatych – 14 Jak dajemy się okradać każdego dnia

Spisek Bogatych – 15 Jak dajemy się okradać każdego dnia

Spisek Bogatych – 16 Jak dajemy się okradać każdego dnia

Link do poprzedniego wykładu [wideo] Spisek Bogatych: 12/16 Jak osiągnąć zwrot z inwestycji – nieruchomości – Robert  KIYOSAKI

Written by kolekcjonersurowcow

15 października 2011 at 08:52

W czym przeglądają się dzisiejsi kolekcjonerzy sztuki

leave a comment »

W czym przeglądają się dzisiejsi kolekcjonerzy sztuki Chęć posiadania unikatowych przedmiotów, niepowtarzalnych, tzw. „po dziadku” napędza koniunkturę dla rynku antykwarycznego. Domy aukcyjne, galerie staroci jak również drobni przedsiębiorcy zacierają ręce. Tym razem kilka słów o niezwykłych przedmiotach, jakimi są… lustra.

Rynkowe sympatie

Ogólnie rzecz ujmując, nie jest ważne czy ów dziadek od posiadanego przez nas przedmiotu (w tym wypadku lustra) istniał faktycznie, czy też w jego postać wcielił się jakiś fachowiec od konserwacji antyków bądź sprzedawca w Desie. Liczy się efekt – wrażenie zrobione na sąsiadach i znajomych. Bo trzeba pamiętać, że rynek sztuki karmi się nie tylko wewnętrznymi potrzebami estetycznymi ludzi, lecz także ich snobizmem. Szpanerstwo szerzy się niesamowicie. Potwierdza to Adam Rojewski z pracowni renowacji luster w Warszawie. Zapytany, jakie wyroby cieszą się największym powodzeniem, odpowiada: Lustro powinno być niepowtarzalne, z patyną czasu, najlepiej po przodkach. Często przychodzą do mnie klienci z gotowymi ramami z miniowych epok i proszą abym do tego wykonał odpowiedniego rodzaju lustro – postarzane. Wygląda na to, że era Ikei i innych marketów meblowych powoli przemija. Osoby, które na to stać, wolą wydać trochę więcej pieniędzy, ale mieć coś wyjątkowego do swojego wnętrza. Naturalnie zamówienia na stare lustra, które trzeba wykonywać od podstaw nie są regułą. Do pracowni pana Adama trafiają również lustra z poprzednich wieków, które trzeba tylko odnowić. To zajęcie potrafi czasem przynosić różne niespodzianki – za ramami lub pod „plecami” ludzie potrafią ukryć przeróżne rzeczy. A to obraz olejny, a to stare gazety z ’39 roku. Czy zostały tam schowane w celu ukrycia czy raczej, jako podkład żeby tafla trzymała się stabilnie – o tym trudno rozstrzygać. Często właściciele luster nawet nie mają pojęcia, że coś było za nimi schowane. Dopiero przy odbiorze dowiadują się o tych skarbach.

Nie ma lustra bez ramy

Tafla lustra to jedno – jej nieodłącznym uzupełnieniem jest rama. Najlepiej oryginalna, wykonana przez starych mistrzów, pozłacana bądź posrebrzana. Niestety ich ilość jest dość mocno ograniczona, a chętnych na piękną oprawę obrazu lub lustra nie brakuje. Dlatego istnieją miejsca takie jak pracownia artystycznych stylowych ram Pawła Remiszewskiego. Wzory na naszych rama są najczęściej kopiami starych ornamentów, natomiast w przypadku nowoczesnych obramień przeważnie oddajemy się inwencji twórczej – mówi właściciel. Często bywa tak, że jeśli zdecydujemy się na „gołe” lustro, jego oprawa wyniesie sporo więcej niż tafla – ceny za metr zaczynają się od 200 PLN do ponad tysiąca. Wszystko zależy jak bardzo chcemy być w swoim zakupie oryginalni. Są ramy robione fabrycznie, produkowane hurtowo lub wykonywane ręcznie. Malowane lub pokrywane płatkami złota czy metalu. Wzory i ozdoby można mieszać w dowolnych kombinacjach. Generalnie obramienia wykonywane są na bazie nośnika drewnianego, a na to nakładane są elementy z mas ramiarskich, które następnie są dekorowane.

Setki i tysiące, czyli za co płacimy

Na początek pozytywna wiadomość – lustra na polskim rynku sztuki są tanie. Na tym koniec dobrych wiadomości. Luster nie sprzedaje się niestety zbyt często. Rocznik aukcyjny na rok 2007 odnotowuje jedynie 6 luster sprzedanych w ciągu 12 miesięcy, z czego 5 z nich było wystawionych w Rempexie. Przedział cenowy to od 2 tys PLN (za lusterko podróżne) do 19 tys PLN (za zwierciadło w stylu biedermeier). Najczęściej sprzedawane są po cenach wywoławczych – czyli bez rewelacji. W galeriach również nie są przedmiotami powszechnymi. Oferta jest dość skromna – najwięcej luster pochodzi z XIX wieku, bądź początku XX, gdy tymczasem w ofercie Sotheby’s zwierciadła pamiętają jeszcze wiek XVIII, rzadziej XVII czy XVI. Ten ubogi asortyment w naszym kraju można tłumaczyć podobnie jak brak innych mało trwałych dzieł sztuki takich jak grafiki, stare fotografie z XIX wieku i inne. Wszystko to przez zawieruchy wojenne. Oberwało nam się bardziej niż europejskim sąsiadom i dlatego krajowy rynek antykwaryczny jest mniej różnorodny. Lustro – rzecz krucha i delikatna, łatwo mogło zostać zniszczone. W Wielkiej Brytanii amatorzy luster mają większy wybór, zarówno cenowy jak i przedmiotowy. Za lustro z okresu Ludwika XV, z ok. 1765 roku – 5 tys BGP, za parę włoskich weneckich luster z 1730 roku – od 12 do 18 tys BGP. W USA lustra są mniej wiekowe, ale za to w przystępniejszych cenach od 100$ do 7 tys. $. Nie ma jednakowych cen. Każde zwierciadło jest wyceniane indywidualnie – często o wysokości kwoty decyduje sama rama. Jeśli jest oryginalna, suma automatycznie idzie w górę. Pod uwagę bierze się też stan zachowania lustra, materiały, z jakich zostało wykonane, okres z którego pochodzi, ewentualnego wykonawcę, jeśli zachowały się o nim jakieś informacje. Cena zwierciadła zależy też od tego, w jakim kontekście kulturowym zostało ono stworzone. Bezcenna jest również wiedza konserwatora, do którego zwrócimy się z prośbą o renowacje. Każdy zakład ma swoje tradycje i receptury, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Jeśli rozważamy zakup lustra w kategoriach inwestycji finansowej, trzeba pamiętać, że ta część rynku sztuki nie jest szczególnie oblegana. Obiekty pojawiają się dość rzadko, mają raczej umiarkowane ceny. Na lustrze trudno zarobić miliony, zwykle kolekcjonerzy patrzą na zwierciadła, jako na po prostu przedmioty użytkowe, stanowiące dodatek do wnętrza – stylowy akcent.

Stare czy nowe?

Przeciętnemu człowiekowi trudno odróżnić oryginał od stylizacji. Tajemnica lustra tkwi w tym, aby odpowiednio dobrać związki chemiczne do jego „podlania” oraz w odpowiedni sposób je oszlifować i oprawić. Pan Rojewski przestrzega: pierwszym błędem, jaki się popełnia jest przeświadczenie, że każde lustro, które jest zdobione szerokim szlifem na krawędziach jest lustrem kryształowym. Tymczasem jest to nie do końca prawdą. Każde szkło można oszlifować w taki sposób, aby imitowało kryształ. Lustro współczesne od zabytkowego kryształowego najłatwiej odróżnić po dźwięku i wadze-te drugie mają najczęściej grubość 7-8 mm, podlano je tlenkiem ołowiu, co daje charakterystyczny odblask i głębię, a przy okazji również nadaje ciężar. Przy delikatnym puknięciu lustro kryształowe wydaje metaliczny, dźwięczny odgłos. Drugim kryterium jest tył lustra – trzeba zwrócić uwagę czy jest oryginalnie zapieczętowany, w przeciwnym wypadku nie mamy pewności czy tafla nie została zastąpiona nowszą. Jeśli faktycznie zależy nam na oryginalnym, starym lustrze, najlepiej kupić je na aukcji, lub wypatrzeć na pchlim targu (czasem można tam znaleźć przecudne rzeczy dosłownie za grosze). Najlepiej wcześniej zasięgnąć rady eksperta od antyków. Ostatni wydatek to ewentualna renowacja, której cenę ustala się indywidualnie. Jeśli zamówimy nowe lustro, ale stylizowane, będzie ono oczywiście mniej warte na rynku antykwarycznym, bo pozbawione wartości historycznej.

Bywają również i tacy, którzy porzucają zabawę w poszukiwanie antyków i inwestują w nowoczesne lustra – dzieła sztuki. To klienci z drugiego bieguna rynku – tego, który zamiast trącić naftaliną pachnie świeżo schnącym lakierem i farbą. Przecież dzisiaj sztuka jest nie tylko w muzeach i na aukcjach. Mali i średni producenci wyczuwający potrzeby klientów o wyrobionym smaku estetycznym, coraz chętniej zamieszczają w swojej ofercie meble wykonywane na indywidualne zamówienia, w tym również i lustra. Jedną z firm specjalizującą się w tego typu realizacjach jest Galeria Luster w Warszawie. Prowadzi ona współpracę z szeregiem artystów – plastyków, których wrażliwość wyraża się w tworzeniu pięknych przedmiotów użytkowych. Szczególnym atutem sprzedawanych tam zwierciadeł są piękne, oryginalne ramy wykonywane w przeróżnych technikach. Do wyboru są rzeźbione, drewniane, malowane najróżniejszymi technikami, ramy kute ze stali, lub wykonane ze szkła. Urszula Kowalczuk, właścicielka i założycielka Galerii Luster, podkreśla: Tworzone współcześnie artystyczne lustra należą do tych przedmiotów, które zachowując w pełni swoje funkcje użytkowe, są przy tym nie tylko wyjątkową ozdobą sypialni, salonu, łazienki lub holu, ale również stają się towarem ekskluzywnym, wartościowym, a przez to mogą być traktowane również, jako lokata kapitału. Taka opinia zachęca do bliższego zainteresowania się tymi wyjątkowymi przedmiotami. W tej chwili najbardziej ekskluzywnym wytwórcą Galerii Luster jest artysta zwany Has, którego wyroby firma posiada na wyłączność. Zajmuje się on projektowaniem i tworzeniem różnego rodzaju mebli. Każdy przedmiot jest unikatowy, wykonywany pod gust i potrzeby konkretnego klienta. Ile taki luksus kosztuje? Od kilkuset złotych do kilkunastu tysięcy. Dodatkowo najdroższe wersje są sygnowane, tańsze wzory mają naklejoną z tyłu metkę Galerii Luster wraz z indywidualną dedykacja dla kupującego. Tyczy się to zarówno dzieł Hasa jak i innych artystów.

Z kupowaniem zwierciadeł jest jak z nabywaniem obrazów, tylko, że lustro pełni funkcję zarówno użytkową jak i dekoracyjną. Trzeba pamiętać, że zakup lustra – zabytkowego czy stylizowanego albo nowoczesnego jest, jak prawie każda inwestycja emocjonalna, inwestycją długoterminową. Czas to w takich sytuacjach przyjaciel każdego kolekcjonera, ponieważ jest czynnikiem wartościującym i kształtującym cenę. W kwestii nowoczesnych luster artystycznych Urszula Kowalczuk prognozuje, że: za kilka, kilkanaście lat podobnie jak designerskie meble również wartość zwierciadeł artystycznych będzie wzrastać. Prawdopodobnie niewiele osób będzie chciało je sprzedawać –bo staną się one niezwykłą pamiątka rodzinną przekazywaną z pokolenia na pokolenie – tym bardziej ich wartość będzie wzrastać.
Kiedyś tajemnicę produkcji luster posiadali tylko nieliczni, dlatego były one przedmiotami najwyższej klasy. Posiadacz lustra manifestował poprzez nie swoją zamożność. Również i dzisiaj zwierciadło jest oznaką statusu społecznego, choć nie chodzi już tylko o sam fakt jego posiadania, ale o to, aby było pięknie oprawione i odpowiednio zakomponowane we wnętrzu. W przedmioty piękne, estetyczne i oryginalne zawsze warto inwestować.

Źródło: http://www.sztuka.pl, Anna Diduch, 13.06.2008

Written by kolekcjonersurowcow

13 października 2011 at 17:59

%d blogerów lubi to: