kolekcjonersurowcow

Niezależny i multimedialny blog o inwestycjach egzotycznych.

Archive for the ‘Malarstwo i Obrazy’ Category

Internetowa giełda dzieł sztuki w portalu inwestycyjnym Giełda Inwestora

with one comment

Niezależny multimedialny portal inwestycyjny Giełda Inwestora uruchomił internetową giełdę dzieł sztuki.

Internetowa giełda dzieł sztuki Galeria Inwestora  kieruje ofertę współpracy bezpośrednio do Artystów, galerii sztuki, domów aukcyjnych, antykwariatów, serwisów ogłoszeniowych, kolekcjonerów oraz wszystkich innych czytelników, którzy zainteresowani są inwestycjami sztukę oraz wydarzeniami kulturalnymi.

Galeria Inwestora jest częścią znanego w Polsce portalu inwestycyjnego Giełda Inwestora. Portal Giełda Inwestora skierowany jest do czytelników, którzy zainteresowani są poszerzeniem wiedzy z zakresu inwestycji w sztukę, alternatywnych i klasycznych. Poza tym portal aktywnie uczestniczy w rynku sztuki i wydarzeniach kulturalnych m.in. promując bezpłatnie wyróżniających się artystów i ich prace.

W stałej ofercie Galerii Inwestora obecne są prace Artystów, którzy znajdują się dopiero na początku kariery zawodowej oraz profesjonalistów, których dzieła można już oglądać w prywatnych kolekcjach inwestorów na całym świecie. Wkrótce również każdy czytelnik, zainteresowany niecodziennymi inwestycjami będzie mógł odnaleźć w Galerii Inwestora zbiory rzadkich książek, autografów, rękopisów, fotografii, map, zabytków techniki, porcelany, tkanin, monet i mebli.

Zamieszczenie dzieła sztuki lub ogłoszenia w Galerii Inwestora jest bezpłatne. Szczegóły dotyczące publikacji przedmiotów i ich kupna znajdują się w Regulaminie Galerii Inwestora, który dostępny jest na głównej stronie portalu. Giełda Inwestora nie pośredniczy pomiędzy kupującym i sprzedającym, dlatego czytelnicy zainteresowani inwestycją nabywają dzieła bezpośrednio od sprzedającego i bez zbędnej dodatkowej marży pośrednika.

Źródło: gielda-inwestora.pl

Written by kolekcjonersurowcow

13 czerwca 2012 at 18:58

Kolekcjonerstwo grafiki w Polsce

leave a comment »

Czy w ogóle rynek grafiki istnieje? A jeśli tak, to jaka jest jego skala i możliwości działania? Spróbujmy się nad tym zastanowić.

W dawnej przeszłości kolekcje rycin w sposób naturalny uzupełniały zbiory książek, były tworzone przy wielkich bibliotekach królewskich, następnie magnackich, naśladujących te pierwsze. Wraz z bibliotekami rozrastały się przez wiele lat, a czasem i wieki. Znane są gabinety rycin króla Stanisława Augusta, Potockich, Czartoryskich, Moszyńskich itp. Ale kolekcjonerstwo, takie, do którego możemy się odnieść my współcześni – to dopiero kolekcjonerstwo wieku dwudziestego, charakteryzujące się tym, że wysiłkiem jednego człowieka, przy znacznie mniejszych możliwościach finansowych, w sposób świadomy, w stosunkowo krótkim czasie powstawał zbiór rycin o ściśle ustalonym indywidualnym charakterze. Przykładem mogą być znakomite zbiory Dominika Witke-Jeżewskiego (obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie) czy Feliksa Jasieńskiego „Manggha” – kolekcja drzeworytów japońskich (obecnie w Muzeum Sztuki Japońskiej w Krakowie). Tak było, a jak jest dzisiaj?

Skąd się biorą kolekcjonerzy?

Kolekcjonerstwo grafiki i dzisiaj w ogromnym stopniu łączy się ze zbieractwem starych ksiąg, często przecież ilustrowanych drzeworytami czy miedziorytami. Miłość do książki, druku, papieru łatwo przenosi się na zawartą w nich grafikę. Ciekawość dawnych epok, tak charakterystyczna u bibliofilów, często powoduje potrzebę zaglądania w przeszłość przez ekran grafiki. Mogą oni zobaczyć szczegóły budowli na panoramie graficznej ukochanego miasta, pochylić się nad konterfektami ulubionych wodzów, czy nad starymi mapami (to także grafika!) badać granice państw, czy postępy w poznawaniu odkrytych kontynentów.

Oczywiście, nie tylko ze świata bibliofilskiego rekrutują się zbieracze grafiki. Od kilkunastu lat widzimy także zbieraczy malarstwa, którzy zainteresowali się starą i współczesną grafiką. Ich spojrzenie jest trochę inne niż kolekcjonerów wyrosłych z bibliofilskiego pnia – zwracają swe zainteresowanie głównie ku grafice artystycznej i ze względu na swe możliwości finansowe, tej najlepszej. Poszukują rycin Norblina, Falcka, Pankiewicza, Berlewiego, ale także starają się sięgać po największych autorów: Dürera, Piranesiego, itp.

Oferta

Aby zaistniał rynek dzieł sztuki, jak zwykle potrzebni są świadomie kupujący (kolekcjonerzy, miłośnicy piękna) z jednej strony, ale także odpowiednia ilość dzieł z drugiej.

Do niedawna grafika traktowana była po macoszemu. Antykwariaty (od papieru) główny swój wysiłek kierowały na zdobycie książek, antykwariaty ze sztuką wieszały grafikę w bocznych salkach z niechcianym towarem. Owszem, czasem za bezcen można było nabyć jakiś rarytas graficzny, gdyż kupujących było niewielu. Ale od kilkunastu lat sytuacja zmienia się diametralnie.

Wzrost zainteresowania grafiką ściśle związany jest z ożywieniem gospodarczym Polski i otwarciem jej na świat. Nowe firmy przybyłe z Zachodu zapragnęły swe biura udekorować widokami miast Polski i polskimi mapami, nasze rodzime poszły również za tą szlachetną modą. Nagle ceny na te obiekty gwałtownie wzrosły (czasem 3-4-krotnie: cena mapy Polski sprzed boomu gospodarczego – 600 zł, potem nie spada poniżej 1.800-2.500 zł). Za tym poszło także powszechne zapotrzebowanie na grafikę dekoracyjną do nowo wznoszonych domów (kwiaty, mody, sceny rodzajowe itp.). Po raz pierwszy po wojnie rozpoczął się bardzo korzystny dla Polski kierunek przepływu dzieł sztuki, w tym map i grafiki, z Zachodu do Polski. Wzrosła podaż. Doceniona wreszcie grafika poczęła wypływać na rynek także z istniejących kolekcji w kraju – bo obrót nią zaczął być opłacalny. Umocnił się rynek, a wartość, dosłowna i artystyczna, grafiki trafiła do świadomości ogółu.

Grafika, częściej i liczniej niż dotąd, zaczęła gościć na aukcjach organizowanych przez antykwariaty książkowe. Wyselekcjonowane, dobrej jakości, pojawiły się zrazu widoki miast i mapy, później sceny historyczne, a w końcu niezbyt dotąd poszukiwane portrety. Przełomowym wydarzeniem była sprzedaż części doborowej kolekcji Marka Potockiego na VI Aukcji Lamusa w listopadzie 1998 r. Padły tu rekordy cenowe, które przerwały dotychczasowy układ cen w tej dziedzinie. Portret króla Władysława IV P. Pontiusa sprzedano za ponad 5.000 zł, portret Jana Kazimierza rylca Frederika H. Van Haue za 7.000 zł, wnętrze kopalni w Wieliczce J.E. Nilsona za 9.000 zł. Z niedowierzaniem publiczność aukcyjna przyjęła sprzedaż Widoku Warszawy Canaletta za sumę 36.000 zł – choć po 4 latach ta cena chyba nikogo nie dziwi. Pomału dociera do świadomości fakt, że rzadka, wielkiego autora, doskonale zachowana grafika może osiągnąć cenę zbliżoną do ceny dobrego obrazu.

Edukacja

Obok aukcji propagujących dobrą grafikę poprzez fachowo opracowane katalogi, niektóre antykwariaty utworzyły oddziały poświęcone niemal wyłącznie tej dziedzinie sztuk plastycznych (Nautilus w Krakowie, Lamus w Warszawie) prowadzone przez wykwalifikowany personel. Tu początkujący kolekcjonerzy mogli na przykładach nauczyć się odróżniania miedziorytu od litografii, uzyskać porady co do profilu budowanej kolekcji itp. Wreszcie, co może najważniejsze, poważne muzea zorganizowały wiele wystaw poświęconych wybitnym twórcom – w Muzeum Narodowym Dürerowi, w Teatrze Wielkim w Warszawie – Piranesiemu i Goyi, w Muzeum Literatury Norwidowi, czy całej grafice polskiej – Pięć wieków grafiki polskiej z doskonałym katalogiem wydanym przez Muzeum Narodowe.

Ruch wydawniczy stanął także na wysokości zadania. Ukazały się m.in. książki: Macieja Bobra Mistrzowie Grafiki Europejskiej, czy Ireny Kossowskiej Narodziny Polskiej Grafiki Artystycznej. A w czasopismach tematykę graficzną przybliżyły odbiorcom artykuły popularyzatorskie Hanny Widackiej z Biblioteki Narodowej i Jolanty Talbierskiej z Uniwersytetu Warszawskiego.

Obecnie dla kolekcjonerów szykuje się prawdziwa gratka – otóż Tomasz Niewodniczański przygotował wielką wystawę Imago Poloniae – gdzie pokaże po raz pierwszy m.in. ogromny zespół map Polski i widoków miast. Wystawa odbyła się w kwietniu b.r. w Berlinie, a w listopadzie przybędzie do Warszawy. Z tej okazji wydany zostanie niezwykle cenny katalog, który stanie się z pewnością podstawowym narzędziem pracy dla antykwariuszy i zbieraczy w tym zakresie. Podane zostaną nowe metody datowania wariantów tej samej mapy na podstawie prawie niewidocznych różnic.

Ceny

Najwyższe ceny osiągają polonica, przede wszystkim mapy i widoki miast. Najpiękniejsze mapy Polski Speeda, Hondiusza, czy Visschera uzyskują ceny powyżej 15.000 zł, a przy dobrze zachowanych starokolorowanych egzemplarzach ceny mogą być znacznie wyższe. Największy widok Krakowa z Brauna i Hogenberga z XVI/XVII w. kosztuje dziś ok. 15.000 zł, inne polskie miasta z tego wydawnictwa ok. 3.000-5.000 zł, z wyjątkiem widoku Warszawy, którego cena oscyluje wokół 8.000-10.000 zł. Na rynku utrzymuje się spora podaż rycin z ważnego dla ikonografii Polski dzieła Pufendorfa (XVII w.) De rebus gestis a Carolo Gustavo. Ryciny miast polskich wg rysunków Dalberga można kupić już za 500-1.000 zł, dużo droższa jest tam Panorama Warszawy (ok. 8-9 tys. zł) oraz widok oblężonego Krakowa (ok. 3.000 zł). Obecnie coraz bardziej poszukiwane i doceniane są widoki miast XIX w., których ceny, ze względu na ich duże walory dekoracyjne, stale rosną. Dla przykładu bardzo rzadkie widoki Wilna z Albumu Wilczyńskiego sprzedają się w cenie ok. 2.000 zł za sztukę, a rasowy kolekcjoner za dobrze kolorowaną litografię chętnie zapłaci więcej. Natomiast ciągle na dość niskim poziomie cenowym utrzymują się litografie N. Ordy – ok. 200-300 zł za sztukę, może ze względu na ich stosunkowo dużą ilość na rynku.

Obok widoków miast i map poszukiwane są sławne sceny historyczne, takie jak m.in. H. Verneta i Debucourta Śmierć J. Poniatowskiego – ok. 10.000 zł, czy tych samych autorów jeszcze rzadsza Somosierra.

Portrety królów, sławnych Polaków, arystokracji, kolekcjonowane są szczególnie chętnie, gdy wyszły spod rylca wybitnych sztycharzy; wówczas ceny sięgają kilku tysięcy złotych.

Równolegle do tego nazwijmy „patriotyczno-historycznego” nurtu zbieractwa, rozwija się drugi nurt związany z grafiką artystyczną starą i nową. Poszukiwane są ryciny takich rytowników, jak: Jeremiasz Falck, Wilhelm Hondius, Jan Piotr Norblin, Płoński, Kielesiński, z tym że wyższe ceny uzyskują również tematy związane z Polską. Dopiero przy grafice współczesnej, autorskiej, już nie tak ważny staje się temat ryciny, na pierwsze miejsce przesuwa się strona formalna i autor.

Rosnącym powodzeniem cieszy się szkoła polskiego drzeworytu. Na razie ceny na odbitki Skoczylasa, Mrożewskiego, Cieślewskiego nie są wygórowane, ale stopniowo rosną. Wiąże się to z ogólną modą na styl Art Deco i lata 20-30-te. Dobrą odbitkę można kupić już za 200-300 zł. Poza tym jest tu świetny teren do odkrywania nowych, mniej znanych twórców i nawet dobrego inwestowania.

Warto dodać, że codzienna oferta antykwaryczna skierowana jest nie tylko do kolekcjonerów, ale przede wszystkim do przeciętnego odbiorcy, który kupuje ryciny do upiększenia domu, czy ze względu na zainteresowanie jakimś tematem. Poszukiwane są ryciny z końmi, sceny myśliwskie itp.

Osobny nurt to grafika obcych autorów. Do tej pory zbierana była przez niewielkie grono kolekcjonerów. Barierą była oczywiście wysoka cena i nikła podaż. Nie mówimy tu o grafice obcej reprodukcyjnej, która zbierana jest ze względu na swe walory dekoracyjne (sceny rodzajowe, mody itp.) i nie jest zbyt kosztowna, lecz o pracach znanych, wielkich grafików. Zupełnie od niedawna powoli rośnie zaciekawienie tą grafiką. Myślę, że dobre odbitki nawet takich mistrzów, jak Dürer, czy Rembrandt mają szanse na sprzedaż. Co prawda, tego typu zbieractwo wymaga już sporej wiedzy i zaufania do firmy, w której się kupuje, ponieważ na rynku zachodnim krąży sporo odbitek późnych lub złej jakości, które przywiezione do Polski, mogą uchodzić za rarytasy najwyższego gatunku.

Istnieje także spora, stale rosnąca grupa młodych, zamożnych kolekcjonerów preferujących grafikę najnowszą. Są oni amatorami takich mistrzów, jak: Picasso, Dali, Chagall, Kisling, Matisse itp.; cena od 2.000 zł w górę. Dużego formatu dzieła wymienionych artystów przeznaczane bywają do ozdoby nowoczesnych apartamentów, ale nie tylko. Z czasem rozbudzają zainteresowania i potrzebę tworzenia kolekcji.

Przyszłość

Wydaje się, że już dzisiaj zarysowują się pewne nowe tendencje na rynku graficznym. W niedalekiej przyszłości kolekcje tworzone będą w bardziej świadomy a nie przypadkowy sposób, gdyż oferta graficzna, dzięki otwarciu Polski na rynki światowe, będzie rosnąć. Chętniej niż teraz będzie kupowana grafika autorska, pojawi się także większe niż dotychczas zapotrzebowanie na grafikę obcą. Pojawią się kolekcjonerzy poszczególnych tematów, a nawet autorów. Przy wzrastającej zamożności części społeczeństwa (być może jest to dopiero odległa przyszłość) i rosnącej wrażliwości na piękno, miejsce reprodukcji w plastikowych ramach dekorujących wnętrza zastąpią oryginalne grafiki.

Należy na koniec uzmysłowić sobie, że chyba tylko ta dziedzina kolekcjonerstwa daje możliwość zbierania większej liczby dzieł i chyba jeszcze tylko tutaj istnieje spora szansa na spektakularny wzrost cen rycin mniej znanych dawniej autorów. Wybitne dzieła wielkich mistrzów jeszcze można kupić tanio.

Kilka rad dla początkujących zbieraczy:

– nie kieruj się modą, gdyż znajdziesz się w obszarze najwyższych cen

– zwracaj uwagę na jakość odbitki, stan zachowania

– na początek kup tani miedzioryt, drzeworyt, litografię i naucz się je pod lupą odróżniać

– chodź na wystawy mistrzów, to wyrabia dobry smak

– zaglądaj do antykwariatów z grafiką i oglądaj jak najwięcej

– unikaj kupowania przez internet, w przypadkowej firmie

– trochę czytaj

Źródło: http://www.sztuka.pl, Andrzej Osełko, 01.09.2002

Written by kolekcjonersurowcow

11 maja 2012 at 06:05

Dlaczego warto inwestować w sztukę?

6 komentarzy

Siłą napędową dla instytucji oraz osób prywatnych, do rozpoczęcia własnej kolekcji sztuki, jest uświadomienie korzyści biznesowych wypływających z obcowania ze sztuką.

Sztuka już od wielu lat systematycznie zdobywa popularność jako źródło zyskownych inwestycji. Kolekcjonowanie sztuki poza wymiernymi korzyściami finansowymi niesie za sobą wiele atutów, które można skutecznie wykorzystać do budowy prestiżowego wizerunku. Przyjrzyjmy się poszczególnym atutom płynącym z inwestowania w sztukę.

Public relations 
Kolekcja dzieł sztuki wyróżnia firmę spośród konkurencji, buduje indywidualizm i poczucie luksusu, prestiżu – które są najbardziej poszukiwanymi synonimami w public relations, co ma wpływ na pozycjonowanie marki. Kolekcje firmowe oraz indywidualne są elitarną formą inwestycji. Ponadto jest to doskonały sposób na budowanie wizerunku firmy.  Posiadanie kolekcji dzieł sztuki podnosi rangę korporacji. Jest sygnałem dla kontrahentów o długofalowym działaniu firmy.
Za przykład może tu posłużyć kolekcja Grażyny Kluczyk, która jest integralną częścią budowania wizerunku Starego Browaru 50/50  jako syntezy sztuki i biznesu.

czytaj dalej: całość artykułu dostępna w serwisie Giełda Inwestora 

Written by kolekcjonersurowcow

22 lutego 2012 at 10:44

Galeria sztuki – biznes dla wytrwałych

leave a comment »

Jeżeli chcesz szybko zarobić duże pieniądze, nie otwieraj galerii sztuki. Działalność biznesowa na tym rynku to ciężki kawałek chleba. Nie oznacza to jednak, że nie można tu zarobić – wręcz przeciwnie, w dłuższej perspektywie czasu, gdy odniesie się sukces, galeria okaże się stabilnym źródłem przychodów.

Profil galerii

Trudne do zdefiniowania jest samo pojęcie sztuki. Galeria sprzedawać może obrazy, rzeźby czy rysunki, ale także sztukę użytkową, jak meble, porcelanę, biżuterię. Sztuka dzieli się na dawną i współczesną, przedstawiającą i abstrakcyjną, autorstwa wielkich mistrzów i twórców mniej znanych, sztukę ludową i wyższą – długo wymieniać byłoby wszystkie podziały, a żaden z nich nie byłby pełny. Dlatego już na wstępie zakładający galerię określić powinien swoją specjalizację – inaczej galeria stanie się sklepem z przysłowiowym „mydłem i powidłem”.

Galeria prowadzona przez Wealth Bay S.A. ma wyjątkowy charakter. Naszym gościom i klientom oferujemy możliwość obcowania bądź zakupu dzieł sztuki starożytnej – mówi Piotr Wiaderek, prezes notowanej na New Connect spółki Wealth Bay S.A. – Świadomie wybraliśmy wąską specjalizację na rynku, jaką jest obrót przedmiotami pochodzącymi ze starożytnych kultur Grecji, Egiptu, Chin czy Mezopotamii, wiedząc że jest to nisza do tej pory wciąż niezagospodarowana – dodaje. Znacznie częściej spotkać można galerie prezentujące sztukę dawną – w tym obrazy i meble, oraz sztukę współczesną – głównie malarstwo i rzeźbę. Jednak nawet i te galerie znacznie się od siebie różnią. Sztuka abstrakcyjna, w wykonaniuwspółczesnych artystów związanych ze środowiskiem akademickim, to znak charakterystyczny oferty Galerii Sztuki Współczesnej Qadrat – mówi jej właścicielka, Joanna Dembowska – Sztuka prezentowana przez moją galerię nie jest łatwa w odbiorze, może dlatego oferta galerii nie jest skierowana absolutnie do każdego – dodaje.

Miejsce i klienci

Wybór profilu działalności łączy się z określeniem grupy docelowej potencjalnych klientów galerii. To z kolei ściśle związane jest z wyborem miejsca prowadzenia działalności. Najlepszą lokalizacją dla sztuki łatwej, taniej, przeznaczonej dla masowego odbiorcy, są miejsca tłumnie odwiedzane, często przez przygodne osoby. Przykładem tego są liczne galerie na starówkach największych miast polskich, posiadające w swojej ofercie pejzaże miejskie i wiejskie, ułanów na koniu i piękne kobiety. Ceny obrazów nie przekraczają kilku tysięcy złotych, a więc doskonale nadają się na souveniry czy prezenty.

Im bardziej sztuka wyrafinowana, skierowana do węższego grona osób, tym mniejsze znaczenie ma przechodniość miejsca. Galeria Wealth Bay S.A. mieści się na drugim piętrze kamienicy w Łodzi. Owszem, galerii nie widać od ulicy, przeciętny przechodzień nie wie, co mieści się w budynku, który mija. Dla naszych klientów to jednak spora zaleta. Są to często znani ludzie, którym nie zależy na publicznym pokazywaniu się podczas zakupów. Osoby te ponad wszystko cenią spokój i intymną atmosferę obcowania ze sztuką – tłumaczy taką lokalizację prezes Piotr Wiaderek. Galerię sztuki znaleźć można niemal w każdym dobrym hotelu w wielkim mieście, gdzie głównym jej klientem jest biznesowy gość hotelu. Atrakcyjnym miejscem funkcjonowania galerii może być także centrum handlowe, biurowce, lotnisko, czy dworzec kolejowy (pod warunkiem oczywiście, że nie jest tak obskurny jak dworce w Warszawie).

Koszty

Od wyboru miejsca zależy wysokość czynszu, jeden z najważniejszych punktów w biznesplanie galerii. Komfortowa sytuacja Galerii Wealth Bay, która mieści się w budynku będącym własnością spółki, to rzadkość. Najwyższe kwoty czynszu uiszczać muszą galerie zlokalizowane w centrach handlowych. W zamian jednak korzystają z codziennego ruchu w centrum, łatwego dojazdu i dogodnego parkingu. Bardzo różnie z czynszami bywa na starówkach miast – lokale wynajmowane od prywatnych właścicieli szokować mogą czynszem, ale niewykluczone jest także znalezienie okazjonalnej oferty z zasobów nieruchomości komunalnych. Dla posiadających minimalny budżet na rozkręcenie biznesu, atrakcyjne mogą być czynsze w dzielnicach, takich jak warszawska Praga, uważanych za miejsce artystycznej bohemy. Miasto, pragnąc stworzyć zagłębie sztuki, często oferuje galernikom preferencyjne warunki korzystania z lokali. Minusem, przynajmniej na warszawskiej Pradze, jest jednak uważane za niebezpieczne środowisko lokalne oraz umiejscowienie z boku głównego nurtu życia miasta.

Dodatkowym kosztem, z którym musi liczyć się każdy świeżo upieczony galernik, jest jednorazowa adaptacja lokalu na galerię. Niekiedy wymaga to jedynie poprawek kosmetycznych, kiedy indziej zaś poważnych inwestycji. Kiedy lokal już jest przygotowany, należy wypełnić go dziełami sztuki. Z reguły galerie działają na zasadzie komisu, jednak początkowi galernicy mogą mieć problem z uzyskaniem prac od uznanych lub obiecujących artystów, czy też prywatnych właścicieli kolekcji. Z kolei zakup „na rozruch” kilkunastu dzieł sztuki to koszty, w zależności od cen obiektów, od kilku do kilkudziesięciu, czy nawet kilkuset tysięcy złotych. Szansą na uzyskanie dzieł sztuki są więc albo osobiste kontakty z dobrymi artystami, wzbudzenie ich zaufania, albo też postawienie na artystów mniej znanych, którym także zależy na promocji.

Galerie sztuki, aby przyciągnąć klientów, nie mogą opierać się jedynie na ekspozycji stałej. Konieczne jest organizowanie, co najmniej trzy, cztery razy w roku, wystaw. Te z kolei niosą ze sobą spory wysiłek organizacyjny i finansowy. Prace na wystawę należy przetransportować, niekiedy oprawić. Wystawie towarzyszyć może wydany katalog – w skromnej formie i nakładzie to koszt kilku tysięcy złotych. Wystawa pociąga ze sobą koszty na promocję – reklamy i zaproszenia. Wreszcie na samym wernisażu niezbędne jest wino, małe przekąski czy sprzęt nagłaśniający. Do kosztów stałych galerii zaliczyć należy także wynagrodzenie pracowników (trudno jednej osobie prowadzić galerię), opłaty za energię elektryczną, terminal płatniczy, księgowość etc.

Dochody

Koszty prowadzenia galerii sztuki, chociaż trudne do ogólnego oszacowania, są niewątpliwie duże. Gdzie zatem znajduje się zysk? Przyjęty przez spółkę model biznesowy, zakładający znacznej części zakup dzieł sztuki starożytnej na własny rachunek, daje komfort osiągania znacznej rentowności z tej działalności. Nawet jeżeli przedmioty się nie sprzedają przez dłuższy okres czasu, to i tak stojąc w gablotach stale zyskują na wartości, co rekompensuje koszt pieniądza w czasie (inwestycja na własny rachunek) – przekonuje prezes Wealth Bay S.A., Piotr Wiaderek – Jednocześnie prowadząc Galerię Sztuki we własnym lokalu, znaczącą większość środków z działalności związanej z obrotem dziełami sztuki, możemy przenosić na inwestycje związane z budową własnej kolekcji sztuki starożytnej, która stanowi trzon naszej działalności inwestycyjnej, nie tworząc znacznych rezerw na koszty stałe związane z ewentualnymi czynszami – dodaje.

Sytuacja, w której galeria jest właścicielem swoich zbiorów, to jednak rzadkość. Większość galerii działa na zasadzie komisu, a więc dochodem dla nich jest prowizja od każdego sprzedanego przedmiotu, wynosząca od 10% do 50% ceny, jaką płaci klient. Brak większej sprzedaży przez kilka miesięcy, co często zdarza się w tej branży, grozi galerii bankructwem. Nie radziłabym zakładania galerii sztuki z założeniem, że będzie ona głównym źródłem dochodów – mówi Joanna Dembowska – Rozsądnie prowadzona polityka galerii, promowanie obiecujących artystów, ciągła rozbudowa bazy klientów, z czasem przyniesie efekty. Jednak przedsięwzięcie tego rodzaju wymaga od prowadzącego dużo cierpliwości i pokory – twierdzi właścicielka Galerii Sztuki Współczesnej Qadrat. Wszystkich pragnących otworzyć galerię sztuki, przynajmniej na początku, zamiast zysków, zadowolić więc musi radość z robienia tego, co naprawdę się lubi.

Źródło: http://www.bankier.pl, Adam Studziński, 11.06.2010

Written by kolekcjonersurowcow

31 października 2011 at 06:06

Inwestycja w sztukę młodych malarzy przynosi zyski

with one comment

Z roku na rok sprzedaje się u nas coraz więcej dzieł młodych malarzy. Obrazy są rozchwytywane nie tylko dlatego, że trafiają w gusta bogacących się Polaków. Można na nich także zarobić.

Młotek licytatora opadł z hukiem. – 10 tys. zł po raz trzeci. Sprzedane – oznajmił, kończąc emocjonującą aukcję. Wyjściowa cena obrazu „Sen” autorstwa 25-letniej Zofii Błażko, która rok temu ukończyła ASP w Gdańsku, została przebita dwudziestokrotnie. Jej sukces nie jest wyjątkiem – dzieła młodych twórców sprzedają się w naszym kraju coraz lepiej, bo stają się dobrą inwestycją. Każdego roku ich wartość rośnie nawet o 25 proc., a zyski mogą być wielokrotnie wyższe, jeśli twórca zyska uznanie na światowym rynku, jak swego czasu Wilhelm Sasnal.

Na młodych twórców postawił Dom Aukcyjny Desa Unicum. W grudniu 2008 roku odbyła się pierwsza licytacja ich prac. – Przygotowania trwały kilka miesięcy. Chcieliśmy zaproponować klientom, których nie stać na kupno prac uznanych artystów, coś więcej niż reprodukcje znanych dzieł sprzedawane w księgarniach czy sklepach z wyposażeniem wnętrz – mówi „DGP” prezes Juliusz Windorbski. Dlatego jego firma postanowiła sięgnąć po artystów jeszcze bez wyrobionego nazwiska. – O ile w galerii klient, który nie zna się dogłębnie na sztuce, wybiera prace, kierując się jedynie gustem, u nas otrzymuje obrazy, które zostały ocenione przez ekspertów pod względem warsztatowym, i zyskuje pewność, że ich twórcy wykazują potencjał rozwoju – dodaje Iza Rusiniak, dyrektor działu sztuki współczesnej Desa Unicum.

Rozchwytywani młodzi

Na siedmiu aukcjach dzieł młodych twórców, które do tej pory zorganizowano, dom aukcyjny sprzedał aż 94 proc. wystawionych prac. Wynik imponujący, bo na każdej licytowane jest ich około stu. W sumie do tej pory obroty Desy Unicum z tego tytułu sięgnęły miliona złotych. Ale rynek dopiero się rozkręca. – W 2010 roku nasze licytacje odbyły się cztery razy, w tym będzie ich już sześć – opowiada Windorbski. Na przyszły rok zaplanowano już dziesięć kolejnych. To dlatego, że zainteresowanie pracami młodych twórców nieustannie rośnie. W każdej aukcji bierze udział nawet 200 kupujących. Dla porównania na licytacje dzieł sztuki klasycznej przychodzi góra kilkanaście osób.

Są dwa powody takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, na aukcjach sztuki dawnej ceny wywoławcze są wysokie, a po drugie, jej podaż jest niska. – Na Zachodzie, z którym się porównujemy, istniało mieszczaństwo, które przez wieki zbierało obrazy i rzemiosło artystyczne. U nas klasa mieszczańska była dużo skromniejsza, do tego doszły straty wojenne. Dlatego domy aukcyjne, walcząc o dzieła, prześcigają się w oferowaniu właścicielom wysokich cen. Jeżeli cena wywoławcza obrazu jest wysoka, to już na starcie odpada ok. 80 proc. klientów, którzy wzięliby udział w licytacji – wyjaśniał w jednym z wywiadów Jacek Kucharski z Sopockiego Domu Aukcyjnego. Eksperci wskazują, że właśnie dlatego młode pokolenie artystów ma szansę zapełnić lukę na rynku, i podkreślają, że najsłynniejsze prywatne zbiory na świecie powstały dzięki temu, że kolekcjonerzy kupowali obrazy malarzy, którzy dopiero byli odkrywani przez rynek. I przytaczają przykład Wilhelma Sasnala (rocznik 1972). Ci, którzy kupili jego obrazy, gdy był mało znanym malarzem, zrobili bardzo dobry interes. Wartość dzieł tego twórcy poszybowała w górę, od kiedy niektóre z nich znalazły się w zbiorach m.in. Saatchi Gallery i Tate Modern w Londynie, Centrum Pompidou w Paryżu, Museum of Modern Art i Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku oraz zuryskiej Kunsthaus.

System prowadzenia licytacji młodych twórców jest zawsze taki sam. Cena wywoławcza każdego dzieła jest ustalona na 500 zł. Do 1 tys. zł – oferowaną cenę podnosi się o 50 zł, do 2 tys. zł – o 100 zł, do 5 tys. zł – o 200 zł. Powyżej 5 tys. zł już o 500 zł. Od wylicytowanej ceny dom aukcyjny pobiera 15 proc. marży. Jak ma się to do cen rynkowych?

Rekordowe wysokie ceny, poza pracą Błażko, uzyskały „Cisza” Ilony Herc, która wraz z opłatą aukcyjną została sprzedana za 8625 zł, i „Krawcowe” Pawła Skurskiego, na które nabywca wydał 8050 zł. Kilka obrazów sprzedano za ponad 5 tys. zł. Są też statystyki dotyczące łącznej wartości prac sprzedanych przez poszczególnych artystów. Magdalena Ślusarczyk zarobiła na obrazach ok. 20 tys. zł, podobnie Katarzyna Szeszycka. Czym przyciągają klientów? „Ślusarczyk oddala się od realizmu w stronę idealizmu, maluje ukazane w zaskakujących skrótach perspektywicznych subtelne kobiece postacie pogrążone w zadumie, melancholijne ukazane na tle wnętrz lub architektury. Katarzyna Szeszycka tworzy inspirowane kadrem fotograficznym skróty rzeczywistości, których stylistyka może kojarzyć się z komiksem. Tematem jej prac są dzieci i młodzi ludzie, często żyjący w swoim świecie, niedostępnym i niezrozumiałym dla dorosłych. Ich świat jest prostolinijny, czasem brutalny. (…) Na podstawie tych kilku wyników można stwierdzić, że klienci w twórczości najmłodszych artystów zdecydowanie preferują sztukę przedstawiającą” – stwierdza komentarz eksperta Desy Unicom.

Ale Windorbski mówi o jeszcze innym mechanizmie, który powoduje zwiększenie popytu na nieznanego twórcę. – Młodzi ludzie kupują za niewielkie pieniądze atrakcyjny obraz, którym dekorują mieszkanie. Podczas spotkania obraz wpada w oko ich znajomym. Dowiadują się, kto go namalował i gdzie go kupili. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem ci znajomi pojawią się na kolejnej licytacji i nabędą inny obraz tego autora – mówi nam Windorbski. W ten sposób rosną także renoma malarza i ceny, za jakie są sprzedawane jego dzieła.

Choć na początku wylicytowane ceny nie są z reguły oszałamiające, udział w aukcjach stanowi dla artystów bez nazwiska idealną możliwość pokazania się szerszej publiczności. Licytacje obserwują nie tylko krajowi, ale również zagraniczni koneserzy sztuki. Jeden z internetowych portali zajmujących się sztuką informacje o aukcjach rutynowo rozsyła do przeszło 12 tys. klientów. – Służą one artyście nie tylko jako miejsce sprzedaży, ale też do promocji nazwiska i twórczości oraz nawiązywania kontaktów. Chodzi o możliwość zaprezentowania się obserwatorom z galerii czy marszandom – opowiada „DGP” 34-letni Robert Motelski, absolwent Wydziału Malarstwa Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie.

Zysk przed śmiercią

Jak przyznaje, dochody z licytacji stanowią stały przychód jego budżetu. – Choć malarstwo nie jest żyłą złota, można się z tej profesji utrzymać, szczególnie że zainteresowanie młodą sztuką rośnie, a na pewno ma ona już stałe i dość liczne grono obserwatorów – dodaje. Podkreśla, że na przestrzeni 7 lat ceny, za jakie sprzedaje swoje prace w Polsce, wzrosły o blisko 40 proc. i obecnie są już niewiele niższe od tych, jakie oferują mu zagraniczne galerie.

Ale jak przekonuje Windorbski, młodzi twórcy przede wszystkim powinni koncentrować się na rodzimym rynku. – Jest jeszcze nienasycony. Zanim się zapełni, miną co najmniej trzy lata. Kolejny ważny argument przemawiający za polskim rynkiem to bogacące się społeczeństwo i powstająca klasa średnia, która już inwestuje lub za chwilę będzie inwestowała w sztukę – przekonuje prezes Desy Unicum.

O tym, że rynek sztuki wyszedł już z epoki kryzysu, świadczą statystyki. W pierwszej połowie 2011 roku obroty aukcyjne Desy Unicum wyniosły 4,2 mln zł, co oznacza wzrost o prawie 40 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Tendencje wzrostowe najwyraźniej można zaobserwować w przypadku sztuki dawnej oraz współczesnej, które łącznie odpowiadają za ponad 80 proc. aukcyjnej sprzedaży. A to oznacza, że doceniony artysta może zarobić na swoich pracach jeszcze przed śmiercią.

Źródło: http://www.gazetaprawna.pl, 10.09.2011

Written by kolekcjonersurowcow

29 września 2011 at 15:48

Witkacy kontra Schulz

leave a comment »

Aukcyjna jesień nie obfituje w rekordy. Pojawiają się jednak ciekawe dzieła po niewygórowanych cenach wywoławczych. To dobry wabik na kolekcjonerów, którzy są coraz ostrożniejsi i nie sięgają tak chętnie do portfeli, jak to bywało przed rokiem. Licytacje dwóch pasteli Witkacego i autoportretu Schulza przypomniały jednak najlepsze czasy zagorzałej walki o zdobycie upragnionych dzieł.

Zdecydowanie większym powodzeniem cieszą się obrazy nisko wyceniane. Spod młotka spadł więc np. w Agrze Art Malczewski za 230 tys. zł, a w Rempeksie za inne jego działo oferowano o 30 tys. zł mniej od ceny katalogowej. Nie oznacza to jednak, że zainteresowanie sztuką zmniejsza się. Podczas aukcji zorganizowanej w Brystolu przez DA Agra Art sala pękała w szwach, a to nie zdarza się często. Wiele osób zarejestrowało się do licytacji, pojawili się też nowi klienci, którzy przyszli nie tylko z ciekawości.

Dwie Marie

Najwięcej emocji wzbudziły wielkiej urody portrety autorstwa Witkacego, najpiękniejsze, jakie pojawiły się w ostatnich latach na rynku aukcyjnym. Miały też udokumentowaną proweniencję, co w przypadku Witkacego jest rzeczą bardzo ważną, bo jak wiadomo w galeriach wisi więcej jego dzieł, niż byłby w stanie namalować przez całe życie.

Tak więc portrety dwóch Marii – Kasprowiczowej i Dąbrowieckiej – postanowił zdobyć nie jeden kolekcjoner, a zapałały do licytacji podsycały niskie ceny wywoławcze: 15 i 22 tys. zł. Oba pastele powstały u schyłku życia Witkacego, jeżeli przyjmie się za prawdziwą wersję jego śmierć samobójczą w 1939 roku, bo w ostatnich latach budzi ona sporo wątpliwości (zwłaszcza że w jego grobie znaleziono 30-letnią Ukrainkę). Pewne jest natomiast, że pod koniec lat 30. twórczość Witkacego uległa zmianie. Ograniczył eksperymenty z narkotykami, papierosy starał się zamieniać na fajkę, a na portretach coraz częściej pojawiały się adnotacje o liczbie dni przeżytych bez alkoholu. To też lata, w których powstało wiele portretów pięknych kobiet o powiększonych, wyrazistych, lekko skośnych oczach, cienkich brwiach i wyraźnie zarysowanych ustach podkreślonych czerwoną kredką. Pojawiały się na nich adnotację „T.E”, które według Regulaminu Firmy Portretowej oznaczały przynależność do typu E, zakładającego „dowolność interpretacji psychologicznej”, choć w rzeczywistości oznaczane tak były portrety kobiet, które artysta uznawał za piękne.

Wizerunki obu Marii noszą właśnie takie oznaczenia. Portret Marii Dąbrowieckiej jest też sygnowany dodatkową literą B, która oznaczała malowanie z „pewnym podcięciem cech charakterystycznych, co nie wyklucza ładności w portretach kobiecych”. Sygnatura składa się również z innych skrótów. „NP6r” oznacza, że podczas pracy nad portretem artysta sześć razy powstrzymał się od palenia, „N? od BN“, że nie pił alkoholu od Bożego Narodzenia a „NP FZZ 14”, że od 14 dni nie palił fajki z zaciąganiem.
Z oznaczeń na portrecie Marii Kasprowiczowej wynika, że artysta podczas portretowania powstrzymał się pięć razy od zapalenia i nie pił, ale za to cierpiał na glątwę, czyli kaca. Nie przeszkodziło mu to jednak w delikatnym uchwyceniu rysów modelki. Portret Marii Dąbrowickiej został sprzedany za 64 tys. zł, a Marii Kasprowiczowej za 50 tys. zł.

I pomyśleć, że na „Portret kobiecy” z 1938 roku utrzymany w tej samej konwencji, a wystawiony pięć lat temu w krakowskiej Desie za 20 tys. zł, chętnych nie było…

Niskie ceny, duże przebicia

Dużo emocji przyniosła też licytacja jednej z najładniejszych akwafort Norblina „Starzec piszący” z 1781 roku, wystawionej za zaledwie 1 tys. zł. Młotek przybił więc z dużym przebiciem 4,8 tys. zł. Zaciekle walczono o „Zielony pejzaż” z 1895 roku Romana Kochanowskiego, pejzażysty związanego z monachijskim Kunstverein i Kunstlergenossenschaft. Za obraz wyceniony w katalogu na 6 tys. zł, nowy nabywca musiał dać 25 tys. zł. Za drugie płótno tego artysty „W cienistym sadzie” wystarczyło zapłacić 12 tys. zł, ale i dziełko jest miniaturką. Ma bowiem zaledwie 9 na 17 cm.

Ponad trzykrotne przebicie uzyskał olej „Po żniwach” z 1929 roku Iwana Trusza, ucznia mistrza pejzażu Jana Stanisławskiego i Leona Wyczółkowskiego, sprzedany za 16 tys. zł. Za 6 tys. zł (po pięciokrotnym przebiciu) można było zdobyć akwarelę „Trawy” Leona Wyczółkowskiego z 1928 roku.
Najwyżej wycenioną pracą w katalogu Agry Art był „Autoportret z Muzą” Jacka Malczewskiego z 1924 roku. Mimo że autoportrety tego artysty cieszą się zasłużonym zainteresowaniem, a ten, pełen ekspresji, należy do najciekawszych, nikt nie kwapił się do oferowania za niego wywoławczych 230 tys. zł. Dużo łatwiej było wyasygnować 45 tys. zł na „Autoportret z gałązką klonu”. Być może na aukcję nie trafił kolekcjoner, który trzy tygodnie później zaoferował w Desie Unicum za „Autoportret na tle dworu w Wielgiem” tego artysty 340 tys. zł.

Nie zawiódł natomiast Alferd Wierusz-Kowalski. Cena katalogowa jego płótna „W drodze na jarmark” z lat 70. XIX wieku – 140 tys. zł szybko wzrosła do 205 tys. zł. I była to najwyższa cena jaką przybił młotek na aukcji w Brystolu. Kolekcjonerzy docenili też uroczy „Widok z Sorrento” z 1917 roku Edwarda Okunia, za który zaoferowano 126 tys. zł, 36 tys. powyżej ceny wywoławczej. To jedna z najwyżej wycenianych prac tego artysty. Więcej zapłacono jedynie za „Widok na Raguzę” – 137 tys. zł, ale było to w 2000 roku, a to na polskim rynku aukcyjnym była zupełnie inna epoka.

Twarzą w twarz z Schulzem

Ciekawych prac nie brakowało również w Desie Unicum, choć niewiele zmieniło właściciela. Najdrożej sprzedano wspomniany już „Autoportret na tle dworu w Wielgiem” Jacka Malczewskiego – za 340 tys. zł, choć to 40 tys. poniżej ceny wywoławczej.

Najwięcej emocji wzbudził jednak „Autoportret” Bruno Schulza, jeden z niewielu rysunkowych autoportretów artysty opisany u dołu: „Jak wyglądam? Czasami widzę w lustrze. Rzecz dziwna, śmieszna i bolesna! Wstyd przyznać. Nie widzę się między en face twarzą w twarz. Ale trochę głębiej, trochę dalej, stoję tam w głębi lustra nieco z boku nieco profilem, stoję zamyślony i patrzę w bok.” (B. Schulz, Samotność). Po zaciekłej walce między kolekcjonerami, rysunek zmienił właściciela za 78 tys. zł, 28 tys. powyżej ceny wywoławczej.

Miejsce w kolekcjach zmieniły również: „Na popasie” Władysława Szernera za 165 tys. zł, dwa obrazy Rajmunda Kanelby: uroczy „Chłopiec z harmonią” (28 tys. zł) i „Martwa natura z lampą naftową” (23 tys. zł) „Dziewczynka z lalką” Eugeniusza Zaka (105 tys. zł), „Pejzaż z Cassis” Józefa Pankiewicza (150 tys. zł) i „Wypuszczenie gołębi” Zygmunta Menkesa (78 tys. zł).

W tym roku warto było też zajrzeć na listopadową aukcję w DA Ostoja ze względu na rysunek Jana Matejki „Zamordowanie diabelskie króla Heroda” z 1878 roku. Wystawiony za 8 tys. zł, został sprzedany za 14 tys. zł. W Rempeksie można było natomiast kupić „Węże wodne”, druk unikatowy Gustava Klimta za 1,7 tys. zł, ale chętnych nie było, bo druk wciąż nie jest traktowany jak sztuka. Nie było też amatora na „Stroje polskie” Zofii Stryjeńskiej za 30 tys. zł, na „Sobótki” w tej samej cenie, ani na „Zaloty” za 32 tys. Ceny były w tym przypadku za wysokie. Za 23 tys. zł, tj. po cenie wywoławczej, sprzedano natomiast „Portret Anny Przybyłko-Potockiej” Witkacego. Nie dorównuje on jednak urodzie pasteli wystawionych w Agrze-Art.

Chętnie licytowano po cenach warunkowych. Tak było w przypadku „U studni” Jacka Malczewskiego, za który oferowano 120 tys., o 30 tys. mniej od ceny początkowej. Ale to i tak nieźle, ponieważ olej ten ostatnio dość często się pojawiał na aukcjach, ale nie mógł zmienić właściciela. Na początku 2008 roku bezskutecznie żądano za niego 160 tys. zł, a w 2007 roku wystawiony był nawet za 190 tys. zł.
W dalszym ciągu warto śledzić aukcje charytatywne. Aukcja dla Fundacji Dominik Art Project zorganizowana w Rempeksie jest tego najlepszym dowodem. Za 1 tys. zł można było zostać właścicielem jednej z pięknych fotografii Zofii Kuli z cyklu „Deseń”, za 3 tys. zł teki 10 grafik Jarosława Modzelewskiego, nie mówiąc już o temperach tego artysty, które wystawiono z cenami od 1 do 5 tys. zł.

Źródło: http://www.inwestycjealternatywne.pl, Ewa Bednarz, 23.12.2009

Written by kolekcjonersurowcow

23 września 2011 at 15:19

Sztuka rosyjska na polskim rynku

leave a comment »

Wiele wskazuje na to, że kultura rosyjska przeżywa w Polsce swój renesans. Po okresie buntu związanego z dominacją radziecką odmienność i egzotyka kraju wschodnich sąsiadów zaczyna na nowo fascynować i inspirować.

Na uniwersytetach obserwujemy rosnące zainteresowanie filologią rosyjską, kursy biznes-rosyjskiego przeżywają prawdziwy boom, kina prezentują klasyczne i najnowsze osiągnięcia tamtejszej kinematografii. Słynny Moscow City Ballet czy chór Aleksandrowa święcą w Polsce prawdziwe triumfy zapełniając największe sale koncertowe. Analogiczną ciekawość Polacy wykazują wobec rosyjskiej sztuki, co potwierdzają organizowane z wielkim rozmachem wystawy w prestiżowych galeriach i muzeach (Zachęta, Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, Muzeum Sztuki w Łodzi i in.). Można tam było zobaczyć prace tak wielkich, czy wręcz kultowych postaci współczesnej sztuki rosyjskiej, jak chociażby Kulig, Malewicz, Florenscy, oraz Komar i Melamid. Jak zatem na tym tle wypada polski rynek sztuki rosyjskiej? Jakie są szanse kolejnych inwestycji? Co kupować i za jaką cenę? Odpowiedź na te pytania nie zawsze musi nastrajać optymistycznie.

Teoretycznie najbardziej dochodowym segmentem inwestycji w sztukę rosyjską są dzieła XIX mistrzów, oraz wszelkie pamiątki po imperialnej potędze państwa carów (numizmaty, militaria, fotografie itp.). Problem w tym, że w wyniku ofensywy rosyjskich i ukraińskich „oligarchów” na światowych aukcjach, trudno nabyć podobne artefakty w rozsądnej cenie. Mało tego, z inicjatywy rosyjsko-języcznych kolekcjonerów z polskich rynków znikają obrazy rodzimych artystów, którzy kształcili się na rosyjskich uczelniach, bądź pracowali na zlecenie petersburskiego dworu Romanowów. W ten sposób płótna takich malarzy, jak Aleksander Orłowski (nadworny artysta wielkiego księcia Konstantego Pawłowicza), Henryk Siemiradzki (absolwent i członek Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu), czy Stefan Bakałowicz (stypendysta tejże uczelni) mogą przynieść posiadaczom potężne i pewne zyski. Za płótno Bakałowicza „Trudny wybór” (olej, płótno, 65,5 x 87 cm) warszawski dom aukcyjny żąda 65 tys. złotych, co wydaje się ceną okazyjną, zważywszy na to, że niektóre jego prace w kraju i za granicą osiągają nawet trzykrotnie wyższe ceny. Natomiast płótna Siemiradzkiego, bardzo cenione na największych światowych aukcjach w Londynie, czy w Nowym Yorku, osiągają tam ceny nawet poziomu miliona euro.

Dobrze zarobić można jednak nie tylko na dziełach tak uznanych i rozpoznawalnych artystów. Dość powiedzieć, że w 2007 roku sprzedano na aukcji w Warszawie obraz drugorzędnego malarza, Stanisława Żukowskiego (1873 – 1944 ) za kwotę 140 tys. złotych, podczas gdy jego rzeczywista wartość była trzykrotnie niższa. Podobnie wysokie ceny osiągano za zupełnie przeciętne dzieła tego malarza nawet na aukcjach Sotheby’s w 2007 roku (np. £ 11.875 za raczej nieudany „Krajobraz zimowy”). Tajemnica wysokich cen za dzieła tego polskiego pejzażysty urodzonego koło Wołkowyska na dzisiejszym obszarze Białorusi tkwi w fakcie, że przez kupujących zza wschodniej granicy uważany jest za rosyjskiego artystę. Czynnik narodowy przeważa więc tutaj nad smakiem i gustem artystycznym, pozwalając przeciętnym dziełom na światowych licytacjach osiągać zdecydowanie wygórowane ceny.

Czy zatem rynek sztuki rosyjskiej zamknął się dla polskich inwestorów? Zdecydowanie nie. Dogodną, choć długofalową i wymagającą dobrego rozeznania sferą inwestycji pozostaje malarstwo młodych i zdolnych współczesnych artystów, którzy nie zdążyli jeszcze zaistnieć na rynku sztuki. Szczególnie optymistycznie nastraja malarstwo Olgi Nazarkinowej, Mikołaja Blokhina, czy Pawła Dolskiego uważanych za jednych z najbardziej utalentowanych i najbardziej obiecujących rosyjskich artystów młodego pokolenia. Wielką popularnością ostatnio cieszą się rosyjskich artystów naiwnych: Pawła Leonowa, Katii Medwiedewej, Alewtiny Pyżowej, Aleksandra Biełycha, Aleksieja Kondratienki i Galiny Malcewej. W przyszłości wartość ich dzieł może znacznie zwyżkować w oczach rosyjskich nowobogackich milionerów. O ile oczywiście owe talenty zostaną odkryte, czego w żaden sposób nie można przewidzieć i zaplanować.

Tego rodzaju inwestycje obciążone są zatem sporym ryzykiem. Z drugiej strony jednak nie wymagają ogromnych nakładów finansowych, a mogą przynieść pokaźny zysk. Należy również spodziewać się, że zmiany rynkowe w Polsce spowodują wzrost zainteresowania rynkiem sztuki, jako alternatywną formą lokowania kapitału. Wówczas część rodzimych inwestorów może zwrócić uwagę na rynek sztuki rosyjskiej, o ile fascynacja kulturą wschodnich sąsiadów nie okaże się efemeryczna. Duża tu rola klimatu politycznego, który jednak wciąż pozostaje dość napięty i niesprzyjający wzajemnej współpracy, również w dziedzinie kultury.

Chęć osiągnięcia zysków z alternatywnych inwestycji, obok czysto estetycznej przyjemności może być kolejnym argumentem, dla którego warto odwiedzać wernisaże współczesnej sztuki rosyjskiej, które coraz częściej goszczą nad Wisłą. Wydaje się bowiem, że dzieła młodych artystów zza wschodniej granicy tworzyć mogą najbardziej perspektywiczny segment rynku sztuki z Rosji i innych krajów rosyjskojęzycznych.

Źródło: http://www.inwestycjealternatywne.pl, 30.12.2007

Written by kolekcjonersurowcow

1 września 2011 at 07:57

%d blogerów lubi to: