kolekcjonersurowcow

Niezależny i multimedialny blog o inwestycjach egzotycznych.

Archive for the ‘Giełda Papierów Wartościowych’ Category

Inwestycje vs piłka nożna – grając w wirtualną piłkę uczysz się grać na giełdzie

2 Komentarze

Czy inwestycje na giełdzie można porównać do grania w symulacje piłkarskie typu Championship Manager lub Fantasy Football? Niektórzy gracze giełdowi pomimo niesprzyjających statystyk zawsze obstawiają swoich faworytów. A trenerzy piłkarscy?

Można wyróżnić tych, którym laptop służy jako „podstawka do kawy” (np. Franciszek Smuda lub Harry Redknapp) i tych, którzy uwielbiają wszelkie analizy i statystyki jak Arsene Wenger czy Rafael Benitez.

Wiadomo, że trener Arsenalu uwielbia szybką kombinacyjną grę i najchętniej zatrudnia graczy potrzebujących maksymalnie 3,2 sekundy na: przyjęcie piłki -> podjęcie decyzji -> jej oddanie. Każdy ułamek sekundy może decydować o końcowym wyniku drużyny.

Podobne dylematy przy wyborze optymalnego składu mają gracze symulacji piłkarskich np. Fantasy Football. Możesz próbować grać wybierając do składu ulubieńców, zawodników z czołówek gazet, lub poświęcić czas na przestudiowanie aktualnej statystyki zespołów i ich zawodników. W czasie analizy formy, powinieneś brać pod uwagę nie tylko mecze przeszłe, ale również i te zbliżające się oraz ich przyszłą wagę dla całego sezonu.

czytaj dalej: całość artykułu dostępna w serwisie Giełda Inwestora

Reklamy

Written by kolekcjonersurowcow

12 stycznia 2012 at 20:12

Sztuka papierów wartościowych

leave a comment »

Papiery, które uosabiają prawa majątkowe przysługujące ich właścicielowi, określamy jako papiery wartościowe. Zaliczamy do nich papiery o dochodzie stałym określonym w czasie ich emisji oraz o dochodzie zmiennym, jak np. akcje i obligacje reprezentujące prawo do udziału w zysku emitującego go przedsiębiorstwa oraz zapewniające udział w jego majątku. Akcje o określonej wartości nominalnej są dowodem udziału w kapitale spółki akcyjnej – dają prawo głosu na walnym zebraniu akcjonariuszy oraz prawo do dochodu w postaci dywidendy. Obligacje dają prawo do otrzymywania stałego dochodu w postaci odsetek i premii a także zwrotu pożyczonej (przez emitującego je) sumy. Papiery wartościowe są przedmiotami obrotów na giełdach pieniężnych.

Te zaś nie są, wbrew pozorom, wynalazkiem naszych czasów. „Tak nazywano” – pisał pod koniec XIX w. Zygmunt Gloger -„w większych i handlowych miastach Rzeczypospolitej gospody, do których schodzili się kupcy i starszyzna cechowa, zwłaszcza w pewnych porach dnia, dla narad, załatwiania interesów a przytem i posilenia się i biesiadowania.” W XVIII wieku biesiadny charakter giełdy uległ zanikowi – na wielkich i znanych giełdach w Londynie, Amsterdamie, w miastach Italii spekulowano już tylko papierami wartościowymi, złotem, srebrem, walutami i dewizami, zaś na tworzonych równolegle giełdach towarowych – towarami masowymi. Obracano coraz wyższymi kwotami. W ciągu jednej sesji powstawały lub upadały wielkie majątki. Dzisiejsze giełdy pozostały formą zorganizowanego rynku, na którym w ustalonym miejscu i czasie przeprowadza się transakcje ściśle określonymi wartościami: pieniężnymi, towarowymi, ubezpieczeniowymi itp. Na ziemiach polskich upowszechnienie formy prawno-własnościowej jaką jest spółka akcyjna nastąpiło w drugiej połowie XIX wieku. Początkowo emitowano głównie akcje imienne. Gdy odpowiednio umocnił się rynek papierów wartościowych, zaczęto emitować również akcje „na okaziciela”. W okresie tym powstawały pierwsze giełdy pieniężne kolejno w Warszawie, Lwowie i Łodzi. Dalsze (w Krakowie, Poznaniu i Wilnie) otwarto dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.

Papiery wartościowe oprócz wartości, którą im sprzedający i kupujący przypisują, mogą posiadać jeszcze zupełnie inną wartość: wartość historyczną i kolekcjonerską. Część z nich, w czasach gdy pierwsze giełdy stały się rajem dla amatorów łatwych zarobków, przeszła przez ręce oszustów i aferzystów, którzy doprowadzali do ruiny nie tylko drobnych inwestorów ale i fundusze skarbu państwa europejskich królestw (Francja, Anglia), inne funkcjonowały na „czarnych giełdach” Stanów Zjednoczonych – kraju, który na początku XX wieku doznał prawdziwej plagi oszustw giełdowych. Większość papierów wartościowych emitowanych przed laty została pozbawiona znaczenia poprzez zmiany, które przyniosła II wojna światowa. Dziś interesują się nimi już tylko kolekcjonerzy ciekawych rzeczy sprzed lat, rzeczy nie tylko ciekawych, ale równocześnie cieszących oko. Nic dziwnego, część papierów wartościowych wyszła z pracowni znanych artystów prezentujących różne style obowiązujące w sztuce XIX i XX w. Wówczas to rozwinęła się nowa forma sztuki – grafika użytkowa. Termin ten powstał pod koniec XIX wieku, gdy zanikała grafika reprodukcyjna i odrodziła się grafika warsztatowa o wysokich ambicjach artystycznych. Dzieła grafiki użytkowej charakteryzowały się m.in. tym, że udanie łączyły elementy graficzne z liternictwem. Postęp w technikach druku spowodował zaś, że artysta mógł się ograniczyć tylko do wykonania projektu rysunkowego, powielanego następnie w sposób masowy w różnych technikach druku. Zapotrzebowanie na tego rodzaju twórczość i stosunkowo łatwa jej realizacja przyciągnęły do nowej formy sztuki rzesze artystów, parających się dotychczas malarstwem monumentalnym, batalistyką i podobnymi, wydawałoby się, skrajnymi i przeciwstawnymi formami sztuki. Grafika użytkowa z przełomu XIX i XX w. a także z lat dwudziestych ubiegłego stulecia, powstała w znanych polskich zakładach litograficznych i drukarskich, zasługuje na miano prawdziwej sztuki. W XIX w. wysoki poziom realizacji gwarantował warszawski zakład litograficzny Maksymiliana Fajansa, w wieku XX – liczne inne zakłady zlokalizowane w większych ośrodkach przemysłowych i kulturalnych.

Pułkownik Wojska Polskiego w stanie spoczynku (mówiąc „po cywilnemu”: na emeryturze) Ryszard Kowalczuk jest posiadaczem najliczniejszego zbioru historycznych polskich papierów wartościowych. Były wykładowca Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie przeszedł przez zbieractwo znaczków pocztowych, monet, banknotów, by w końcu wyspecjalizować się w kolekcjonowaniu polskich papierów wartościowych. Przez 25 lat zbiór Ryszarda Kowalczuka urósł do 4 tysięcy egzemplarzy i jak sam kolekcjoner przypuszcza, wszystkie inne polskie zbiory, razem wzięte, nie osiągają tej ilości egzemplarzy. Za najbardziej cenne w swoim zbiorze uznaje obligacje emitowane przez miasto Toruń w 1823 roku, jedyne egzemplarze jakie napotkał i uratował przed wysłaniem na aukcję do Niemiec. Był jednym z pierwszych, którzy zainteresowali się w Polsce tą formą zbieractwa i stał się wkrótce niekwestionowanym autorytetem w swojej kolekcjonerskiej dziedzinie. Ryszard Kowalczuk zinwentaryzował dotąd ok.15 000 różnych papierów wartościowych emitowanych na polskich ziemiach (bez Ziem Odzyskanych a z Kresami). Są to akcje przedsiębiorstw, obligacje skarbowe i miejskie, listy zastawne banków i towarzystw kredytowych, bony skarbowe. Te, które trafiły do zbioru warszawskiego kolekcjonera wyróżniają się nie tylko rzadkością występowania, ale także urodą. Projektowali je m.in. znakomity malarz, przedstawiciel Młodej Polski – Józef Mehoffer, batalista Stanisław Kaczor Batowski, Zofia Stryjeńska prezentująca styl charakterystyczny dla ugrupowania Rytm a inspirowany polskim folklorem, jeden z twórców nowoczesnej sztuki dekoracyjnej, współzałożyciel Towarzystwa Polska Sztuka Stosowana – Henryk Uziembło, twórca tzw. antykwy polskiej, drukarz i grafik – Adam Półtawski i wielu innych, mniej lub bardziej znanych, malarzy i grafików polskich. Wszechstronna działalność artystyczna Józefa Mehoffera zaowocowała również pracami w dziedzinie grafiki. Grafiką użytkową zajmował się właściwie od początku swojej działalności twórczej – już w 1892 r. wziął udział w konkursie na plakat oraz okładkę do albumu. Projektował także inne drobne formy graficzne jak np. znaczki pocztowe i bilety pasażerskie. Był autorem akcji Banku Komercyjnego w Krakowie (1918 r.), Fabryki Lokomotyw (1919 r.), Towarzystwa Polska Ruda Żelaza i innych. Stanisław Batowski raczej nie sprawdził się jako grafik, a szczególnie projektant akcji lwowskich zakładów przemysłowych. Zafascynowany pisarstwem Sienkiewicza w swoich projektach graficznych podejmował próbę przeniesienia sienkiewiczowskich postaci dla zilustrowania akcji m.in. Zakładów Przemysłowych Merkury we Lwowie emitowanej w 1921 roku. Styl Batowskiego okazał się już jednak przestarzały wobec nowych kierunków w grafice, reprezentowanych przez takich twórców jak Półtawski, Stryjeńska, Uziembło i in. Historyczne papiery wartościowe ze zbioru Ryszarda Kowalczuka dają nie tylko obraz półtorawiecznej historii gospodarki polskiej, ale również przegląd kierunków sztuki z tego okresu.

Ryszard Kowalczuk od dwu lat przewodniczy powstałemu w Warszawie Stowarzyszeniu Kolekcjonerów Historycznych Papierów Wartościowych. Wystawia i użycza swoje zbiory do publikacji kolekcjonerskich. Sam jest autorem okazałego albumu Papiery wartościowe banków na ziemiach polskich w latach 1871- 2000. Młodych kolekcjonerów przestrzega: nie kupujcie oferowanych przez bazarowych sprzedawców papierów wartościowych w wygórowanych cenach! Wiedzę na temat ich wartości nabywa się w trakcie kolekcjonowania. Papiery wartościowe pojawiają się na polskim rynku kolekcjonerskim w stosunkowo dużych ilościach i w urozmaiconym wyborze. Warto więc najpierw pogłębić wiedzę na ich temat niż przepłacać, masowo nieraz występujące, egzemplarze akcji czy obligacji. Dopiero wówczas będziecie wiedzieć, za który walor zapłacić 20 zł, za który zaś kilka tysięcy!

Dawnymi papierami wartościowymi zainteresowały się dzisiejsze instytucje bankowe. Znakomite zbiory powstały w Banku Przemysłowo-Handlowym w Krakowie oraz w Wytwórni Papierów Wartościowych w Warszawie. Muzea gromadzą papiery wartościowe wybiórczo w ramach zainteresowań tematycznych. Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi prezentowało w 1991 r. swoje zbiory na wystawie papierów włókienniczych spółek akcyjnych, wydając jednocześnie rzetelnie opracowany katalog. Może on stanowić dobre wprowadzenie w temat dla początkujących kolekcjonerów historycznych papierów wartościowych.

Źródło: http://www.sztuka.pl, Jerzy Zieliński, 01.12.2001

Written by kolekcjonersurowcow

24 października 2011 at 06:06

Inwestorze, nie jesteś sam. Akcjonariat obywatelski.

leave a comment »

Gdy początkujący akcjonariusz poniesie straty lub zostanie źle potraktowany przez którąś z działających na tym rynku instytucji, często wzrasta w nim poczucie bezsilności. Tymczasem jest się gdzie zwrócić o pomoc.

Głównym naszym sojusznikiem, czuwającym nad przestrzeganiem reguł na polskim rynku kapitałowym, jest Komisja Nadzoru Finansowego. Dba ona o porządek w instytucjach, zajmując się giełdą, bankami, ubezpieczycielami i funduszami emerytalnymi. Dla inwestorów KNF odgrywa szczególnie ważną rolę, bo na bieżąco sprawdza, czy na giełdzie wszyscy handlujący akcjami mają równe szanse. Każdy powinien mieć taki sam dostęp do informacji publikowanych przez spółki notowane na parkiecie. Muszą one jak najszybciej podawać do wiadomości dane finansowe oraz uprzedzać o zmianach w prognozach swoich wyników.

KNF sprawdza, czy spółki, których akcjami można handlować na warszawskiej giełdzie, wywiązują się z tych obowiązków. Jeśli znajdzie uchybienia, może nałożyć kary finansowe. I robi to coraz częściej. Szczególnie sankcje za naruszenie obowiązków informacyjnych są stosowane coraz śmielej. W 2007 r. nałożono 4 kary pieniężne za takie przewinienie, a w 2010 r. – 19.

Komisja czeka również na sygnały od inwestorów. Gdy zatem uważamy, że spółka stara się ukryć ważne informacje na swój temat, publikuje je za późno lub w sposób niejasny, można pomyśleć o skardze do KNF. Bezwzględnie trzeba to zrobić, gdy sądzimy, że inni akcjonariusze wykorzystali poufne dane do szybszego pozbycia się papierów lub ich zakupu. Nie da się oczywiście uniknąć sytuacji, w której wąski krąg osób zatrudnionych w spółkach giełdowych ma dostęp do ważnych informacji nieco szybciej niż zwykli inwestorzy. Jednak pod żadnym pozorem takim osobom nie wolno wykorzystywać tej przewagi ani dzielić się poufnymi wiadomościami z wybranymi akcjonariuszami.

Mediacja albo arbitraż

Komisja zdaje sobie sprawę, że obecne przepisy nie są doskonałe i stara się o ich nowelizację. Wątpliwości budzi np. kwestia prognoz finansowych. Z jednej strony są one publikowane cyklicznie, ale zarazem, podczas konferencji czy wywiadów, wypowiadają się na ten temat, w mniej lub bardziej oficjalny sposób, przedstawiciele spółek. KNF twierdzi, że trzeba możliwie zawężać krąg osób mających dostęp do informacji poufnych, także wśród pracowników agencji public relations obsługujących spółki giełdowe. Na razie nie wiadomo, które ze zmian zaproponowanych przez nadzór wejdą w życie.

Ale KNF to nie tylko miejsce skarg na niewłaściwą politykę informacyjną spółek. Z Komisją możemy się również skontaktować, gdy poczujemy się oszukani choćby przez nasz dom maklerski. Jednak KNF zaleca, aby najpierw próbować wyjaśnić swoje wątpliwości rozmawiając z finansistami. – Zacząć powinniśmy od złożenia reklamacji w instytucji prowadzącej nasz rachunek giełdowy. Często bowiem problemy nie wynikają ze złej woli, ale po prostu z błędu pracownika czy systemu. Gdy nasza reklamacja zostanie odrzucona i nie zgadzamy pism – mówi Katarzyna Mazurkiewicz z biura prasowego Komisji. KNF na podstawie dotychczasowych sygnałów od inwestorów oceni, czy nasz problem to jednostkowy przypadek, czy też tworzy się niezgodna z prawem praktyka. Jeśli tak jest, Komisja zażąda zmian od domu maklerskiego czy spółki i może nałożyć na nie karę pieniężną do miliona złotych.

Uprawnienia KNF nie są nieograniczone, a sama Komisja to nie sąd i nie zawsze będzie nam w stanie pomóc. Na szczęście od trzech lat przy Komisji działa Sąd Polubowny, pomyślany jako tańsza, szybsza i wygodniejsza alternatywa dla sądów powszechnych. Ma za zadanie rozstrzygać sprawy sporne między uczestnikami rynku kapitałowego. Jedyny warunek – obie strony muszą się zgodzić na ten wybór postępowania.

Skala działalności Sądu Polubownego jest jeszcze stosunkowo niewielka, ale jego znaczenie rośnie. Do wyboru są dwie drogi: mediacja albo arbitraż. W przypadku pierwszej wyznaczony przez Sąd Polubowny mediator pomaga stronom osiągnąć ugodę. Jeśli uważają one, że będzie to bardzo trudne, mogą zdecydować się na arbitraż. Wówczas wyrok wyda niezależny arbiter i rozstrzygnięcie to będzie miało taką samą moc jak decyzja sądu powszechnego.

Za wygrane postępowanie płacimy 250 zł; jeśli przegramy, będziemy musieli też zwrócić koszty, jakie poniosła strona przeciwna. Zarówno arbitrzy jak i mediatorzy w Sądzie Polubownym to osoby dobrze przygotowane do tego zadania, bo na co dzień zajmują się rynkiem finansowym.

Już ok. 6 tys. osób należy do Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych (SII). Jest to rodzaj samorządu; zrzesza handlujących akcjami, którzy wspólnie chcą się bronić na rynku kapitałowym. SII organizuje seminaria i konferencje, wydaje książki i broszury, stara się przekazywać wiedzę o inwestowaniu. Stowarzyszenie pomaga też swoim członkom w ich sporach ze spółkami. Jak skorzystać z tej możliwości?

Do SII zapisać może się każdy, bez względu na to, ile ma akcji i od jak dawna inwestuje na giełdzie. Nie trzeba mieć nawet otwartego rachunku maklerskiego. Roczna składka wynosi 60 zł dla osób poniżej 26 lat, dla pozostałych – 90 zł. Do SII trafiają m.in. sygnały o nieprawidłowościach w spółkach giełdowych, wykryte przez drobnych akcjonariuszy. – W przypadku konfliktu inwestorzy proszą nas o pomoc, a my staramy się ich wesprzeć – mówi Piotr Cieślak, wiceprezes SII. Stowarzyszenie w niektórych przypadkach samo decyduje się wystąpić ze skargą czy wnioskiem do KNF albo nawet prokuratury.

To SII zaskarżyło np. uchwały walnego zgromadzenia spółki Pol Aqua, które zmarginalizowałoby udziałowców mniejszościowych, czy interweniowało w KNF w sprawie spółki Wikana, która próbowała uniknąć ogłoszenia wezwania na swoje akcje. Siła stowarzyszenia leży nie tyle w środkach prawnych (bo nie jest na uprzywilejowanej pozycji), co w umiejętnej współpracy z mediami. A takie działania, w przypadku rynku kapitałowego, są często skuteczną formą nacisku na głównych akcjonariuszy.

Wiele osób rozważających inwestowanie na giełdzie obawia się możliwości manipulacji kursami, nieuczciwych spółek i ryzyka strat. Oczywiście akcje to nie lokata w banku i jakkolwiek możemy na nich dużo zyskać, zdarzają się również okresy bolesnych spadków kursów. Ale czy bezpieczne są choć pieniądze zgromadzone na rachunkach w domach maklerskich? Otóż wszystko zależy od wielkości zgromadzonych tam sum. Te mniejsze, w przypadku ewentualnego bankructwa firm maklerskich, gwarantuje

Mechanizm zabezpieczający

System Rekompensat, przypominający nieco działanie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, dzięki któremu bezpieczne są oszczędności zgromadzone na lokatach i kontach do określonej kwoty. Trzeba jednak pamiętać, że System Rekompensat, prowadzony przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych (KDPW), w żaden sposób nie chroni nas przed niewłaściwym inwestowaniem pieniędzy. Zadziała on wyłącznie w przypadku bankructwa domu maklerskiego czy innej instytucji prowadzącej nasz rachunek inwestycyjny. Jeśli zatem kupiliśmy akcje spółki, która potem upadła, a udziały w niej są już praktycznie nic niewarte, System Rekompensat nie wyrówna nam takiej straty.

Jak działa ten mechanizm? W chwili bankructwa instytucji prowadzącej rachunek wszystkie zapisane na indywidualnym koncie akcje są bezpieczne i nadal pozostają naszą własnością. Zostaną przepisane na inny rachunek, który będziemy musieli założyć. Natomiast wolne środki, które w chwili upadłości nie były w nic zainwestowane, zostaną nam zwrócone, choć niekoniecznie w całości. Bez potrąceń otrzymamy kwotę do równowartości 3 tys. euro oraz 90 proc. środków powyżej tej sumy, ale tylko do pułapu 22 tys. euro. Maksymalnie zatem z Systemu Rekompensat odzyskamy równowartość 20,1 tys. euro. Pozostałe pieniądze mogą przepaść, chyba że uda się je wyegzekwować w wyniku zwykłego postępowania upadłościowego.

Ten mechanizm zabezpieczający pomyślany jest przede wszystkim jako ochrona dla drobnych inwestorów. – Do tej pory został wykorzystany tylko raz – po upadłości Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej w 2006 r. – mówi Dariusz Marszałek z KDPW.

Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych zaproponował podniesienie maksymalnego pułapu ochrony do 50 tys. euro. To jednak oznaczałoby większe wpłaty na System Rekompensat od instytucji w nim uczestniczących. A są nimi domy maklerskie, niektóre fundusze inwestycyjne oraz te banki, które prowadzą dla swoich klientów rachunki giełdowe. To one wpłacają regularnie określone kwoty, podobnie jak banki, które zasilają Bankowy Fundusz Gwarancyjny. W tej chwili na koncie Systemu Rekompensat znajduje się prawie 100 mln zł.

Drobny inwestor, zdając sobie sprawę z zagrożeń, powinien przede wszystkim poznać swoje prawa i nie bać się z nich korzystać. Im większa bowiem świadomość nawet najmniejszych akcjonariuszy, tym większa gwarancja, że osoby próbujące się nieuczciwe wzbogacić będą miały na to mniej szans.

Źródło: http://www.polityka.pl, Cezary Kowanda, 21.07.2011

Written by kolekcjonersurowcow

19 października 2011 at 06:39

Giełdowe reguły gry. Akcjonariat obywatelski.

leave a comment »

Gra na giełdzie nie jest zajęciem dla ludzi nerwowych czy nieciepliwych. Intuicja i ekonomiczna wiedza też nie gwarantują nikomu sukcesu. Wielu na giełdzie po prostu przegrywa. Uchronić przed tym może odpowiednio dobrana strategia.

Warszawska giełda okrzepła, przestała być maszynką do zarabiania pieniędzy, jaką była na początku swojego istnienia. Dziś, żeby na niej zyskać, nie wystarczy dysponować odpowiednio wysokim kapitałem (minimum kilkadziesiąt tysięcy złotych) ani dobrymi chęciami. Musi stać za tym solidne przygotowanie teoretyczne z dziedzin wydawałoby się odległych od wiedzy rynkowej oraz technik dokonywania operacji giełdowych, np. z dziedziny psychologii.

Ludzie mają skłonność do szukania i widzenia tego, co sami pragną znaleźć. Dlatego też na ogół nie patrzą na rynek w sposób neutralny i nie potrafią poddać się jego nurtowi. Wciąż szukają tego, co spodziewają się zobaczyć. Optymista wiecznie będzie wierzył, że hossa jeszcze się nie skończyła, nawet gdy większość graczy będzie z rynku panicznie uciekać. Pesymista w każdej korekcie dostrzeże nieuchronną zapowiedź bessy. Jedni i drudzy przyjmą hazardowe założenie, że po serii przegranych rośnie prawdopodobieństwo wygranej i na odwrót. Prowadzi to do inwestowania życzeniowego, a nie do właściwego rozpoznawania sytuacji i antycypowania faktycznych ruchów rynku.

Wyznaczenia celów i racjonalnej oceny własnych możliwości nie nauczą dobre rady całych zastępów doradców inwestycyjnych i komentatorów. Samooceny trzeba dokonać samemu, tym bardziej że wielu analityków po prostu się myli, nawet jeśli święcie wierzy w to, co mówi. Niektórzy z nich głoszą na przykład zasadę kupowania i trzymania akcji. Bierne trzymanie walorów ma tę zaletę, że nie trzeba rokrocznie płacić podatków od zysków, a wzrost cen wydaje się gwarantowany w dłuższym terminie. Porównanie wycen spółek giełdowych sprzed 10 lat i obecnie dowodzi, że zasada kup i trzymaj nie przynosi jednak znacząco lepszych wyników niż prosta i bezpieczna inwestycja w obligacje Skarbu Państwa. Korzystanie z okresowych pozytywnych i negatywnych wahań koniunktury wydaje się zdecydowanie bardziej efektywną strategią inwestycyjną, choć zajścia tych zdarzeń nie da się dokładnie przewidzieć. Żeby je wykorzystywać, trzeba się przede wszystkim nauczyć kontrolować emocje, strach i chciwość.

Od czego zależy sukces

Mitem jest przekonanie, że na giełdzie wygrywają jedynie wtajemniczeni (insiderzy), dysponujący wcześniej informacjami pozwalającymi szybko zająć pozycję lub ją zamknąć. Tacy ludzie najczęściej kończą w więzieniu. Nieprawdą jest też przeświadczenie, jakoby gruntowne wykształcenie ułatwiało inwestowanie, czyniąc je bardziej skutecznym. Milionerami na giełdzie zostawali najczęściej ludzie, którzy potrafili powiązać dyscyplinę, doświadczenie i chłodną głowę.

Uniwersalnych i doskonałych metod na osiągnięcie bogactwa nie ma. Przeciętnie dopiero po 3–5 latach od rozpoczęcia przygody z giełdą osiąga się pierwsze sukcesy. Statystycznie połowa operacji kończy się porażką. A zaczyna się zwyciężać, kiedy gracz nauczy się w końcu przegrywać. Zdaniem Donalda Cassidy’ego, autora klasycznego podręcznika giełdowego „Kiedy sprzedawać akcje”, nieważne jest, w jakim momencie gospodarczej koniunktury wchodzi się na giełdę. Liczy się moment wyjścia, zamknięcia pozycji, bo to sprowadza marzenia na ziemię, weryfikuje oczekiwania, decyduje o osiągnięciu celu (zysku) lub wręcz przeciwnie.

Nie ma nic gorszego niż sprzedaż akcji pod presją, w sytuacji przymusu finansowego (życiowa konieczność natychmiastowego zdobycia pieniędzy); bo przecież – w nadziei na godziwie zyski – zwykle czeka się na osiągnięcie szczytu cen. A gdy te zaczynają spadać, trzyma się akcje nadal, ufając, że w końcu odbiją. Tymczasem akcje spadają i spadają. Strata – po przymusowej sprzedaży – boli wtedy najbardziej. Dlatego tak ważne przed dokonaniem jakiejkolwiek transakcji jest określenie ram czasowych inwestowania (długo lub krótkoterminowego) i oszacowanie potencjalnego zysku oraz dopuszczalnej straty, co najlepiej zapisać na kartce i egzekwować. Szybka sprzedaż (stop loss) stanowi wtedy jedyne sensowne zabezpieczenie przed utratą znacznej części kapitału. Doświadczeni gracze wiedzą, że zdolność akceptacji straty jest jak dar od Boga, bo pozwala na rozsądne postępowanie tam, gdzie rządzą stadne odruchy, myślenie życzeniowe i zaklinanie rzeczywistości.

Kluczem do sukcesu zawsze było i będzie robienie tego, co nie jest łatwe. Kupno, które wydaje się kuszące i nazbyt oczywiste, prawie zawsze okazuje się nietrafione. Najlepsze okazje zdarzają się wtedy, gdy inwestor musi się wahać, zastanawiać i walczyć ze sobą, bojąc się podzielić swoim pomysłem nawet z zaprzyjaźnionym maklerem. Gdy zaś czuje się przywiązany do swoich akcji, bo tak dobrze mu z nimi idzie i chce je nadal mieć, najwyraźniej jest spóźniony.

Thomas Herzfeld, członek zarządu firmy maklerskiej z Florydy, powiedział kiedyś dziennikarzowi „The Wall Street Journal”: Kupujemy na wieść o wojnie, trzęsieniu ziemi, zamieszkach, zamachach i dewaluacji. Sprzedajemy, gdy słyszymy o pokoju, porozumieniach o wolnym handlu i innych dobrych rzeczach.

Tylko odrzucając stereotypowe rozwiązania inwestor znacząco zwiększa swoje szanse pozostania poza kręgiem przegranych. Bernard Baruch, który odniósł wielki sukces na Wall Street, streścił najistotniejszą ze swoich rad w pięciu zaledwie słowach: Nigdy nie idź za tłumem. Sygnałem ostrzegawczym powinno być narastające poczucie pewności siebie prowadzące do zaślepienia i inwestowania właśnie wtedy, gdy należy sprzedawać. Zasadą działania – opieranie się prądom rynkowych emocji, obserwacja i myślenie wbrew opinii większości. Im silniejszy prąd, tym mocniejsze powinno być zdecydowanie – właśnie wówczas, gdy pokusa przyłączenia się do tłumu jest największa. Należy pamiętać, że najgłębsze dołki pojawiają się, z definicji, w atmosferze strachu i przygnębienia, a nawet paniki. Najwyższe szczyty powstają zaś wtedy, gdy inwestorzy są w największej euforii, kiedy wszyscy nowi nabywcy zajęli już pozycję, a w mediach pojawiają się triumfalne doniesienia o nowych rekordach hossy.

Van K. Tharp w jednej z najlepszych książek poświęconych grze na giełdzie „Giełda, wolność i pieniądze. Poradnik spekulanta” twierdzi, że spekulacja sprowadza się w stu procentach do psychologii i że psychologia obejmuje również zarządzanie pieniędzmi oraz pracę nad systemem, który każdy musi sobie wypracować sam. Bo zachowania ludzi nie da się przewidzieć, a metoda doskonała nie istnieje.

Jak wybrać spółkę

Wiadomo, że nie należy przeznaczać wszystkich pieniędzy na zakup papierów tylko jednej spółki. Portfel musi być zdywersyfikowany, żeby zminimalizować ryzyko porażki. Najlepszym momentem na zakup spółek cyklicznych (podlegających wahaniom cenowym w rytm cyklów gospodarczych) jest dno recesji. A defensywnych (odpornych na wpływ cykli gospodarczych) – realna groźba kryzysu. Ważnym czynnikiem wyboru akcji jest ich płynność, czyli łatwość otwarcia i zamknięcia pozycji, a także rozpiętość między cenami kupna i sprzedaży. Jeśli rynek nie jest wystarczająco płynny, to rozpiętość ta może być bardzo duża i trudno będzie opuścić rynek po wymarzonej cenie.

Inwestorzy giełdowi często wybierają akcje na podstawie kapitalizacji spółek. Wiadomo, że im większa spółka, tym mniejsze będą na niej ruchy cenowe, zwłaszcza w krótkim terminie. Dlatego najczęściej angażują się w nie gracze o kilkuletnim horyzoncie czasowym. Oczekują zmian powolnych i łagodnych, stosunkowo niewielkich wahań kursu, co pozwala im spać (względnie) spokojnie.

Inwestorzy krótkoterminowi, nastawieni na szybkie ruchy cenowe, wybierają zazwyczaj spółki niewielkie, o niskiej kapitalizacji, np. wchodzące w skład indeksu SWIG 80. Gdy rośnie popyt na dane akcje, ich cena rośnie również bardzo gwałtownie, ponieważ podaż jest nieduża. Należy jednak pamiętać, że przy odwróceniu trendu spadek może być bardzo silny, co utrudni wyjście i realizację zysku.

Zanim dokona się wyboru, warto sprawdzić, czy spółka wypłaca coroczną dywidendę. Jeśli dywidenda przekracza oprocentowanie lokaty bankowej (przykładowo wynosi 5–8 proc.), można taką inwestycję rozważyć, licząc dodatkowo na zyski z ewentualnego wzrostu kursu akcji. Wiele blue chipów (dużych, stabilnych przedsiębiorstw) prowadzi racjonalną politykę dywidendową i zapowiada, w jaki sposób chce się dzielić zyskami kapitałowymi z akcjonariuszami. Dlatego są chętnie kupowane przez różnego rodzaju fundusze i TFI.

Analizy dwie

Niektórzy inwestorzy kierują się wysokością ceny akcji. Unikają takich, których wartość przekracza np. 400 zł (myśląc, że jest już zbyt droga i więcej raczej nie urośnie). Za to chętnie wybierają groszowe, sądząc, że są niedowartościowane. Jest to przesąd, któremu nie warto ufać. W ciągu ostatniego roku akcje LPP, spółki odzieżowej nominalnie wycenianej na naszej giełdzie najdrożej, dały zarobić przeszło 100 proc., podczas gdy popularnego groszowego Biotonu straciły blisko 50 proc.

Przy podejmowaniu decyzji warto też pamiętać o analizie technicznej i analizie fundamentalnej – dwóch kluczowych sposobach oceny i prognozowania zachowań rynku. Analiza techniczna nie polega na kumulowaniu wiedzy i informacji płynących z gospodarki, tylko na obserwacji samych wykresów, których celem jest przewidywanie przyszłych trendów cenowych. Zwolennicy tej strategii uważają, że wszystkie czynniki, które mają wpływ na cenę, są już w niej uwzględnione i niczego poza badaniem wskaźników nie warto robić. Swoją wiarę opierają na założeniu, że rynek dyskontuje wszystko. A ceny podlegają pewnym trendom, które po pewnym czasie ulegają odwróceniu, a następnie się powtarzają. Narzędzi do analizy technicznej należy szukać w bogatej literaturze fachowej, gdzie szczegółowo zostało wyjaśnione, co to są świece japońskie, wstęgi Bollingera, formacje zmiany i kontynuacji, dni odwrotu, podwójne dno, średnie kroczące, oscylatory ROC, RSI czy fale Eliotta.

Ta metoda, więcej mająca wspólnego z matematyką niż z badaniami aktualnych procesów zachodzących w makroekonomii, o dziwo często okazuje się skuteczna. Stąd wielka popularność specjalistycznych programów giełdowych (np. Metastock), które z dużą dozą prawdopodobieństwa potrafią wygenerować sygnały kupna i sprzedaży. Korzystają z nich nie tylko maklerzy i zawodowi gracze, ale coraz częściej również amatorzy, których na to stać (koszt zakupu to kilka tysięcy złotych). Ufać tym programom jednak bezkrytycznie nie należy. Niebezpieczeństwo polega na tym, że na rynku zdarzają się tzw. fałszywe wybicia, po których następuje kontynuacja dotychczasowego ruchu. A niektóre sygnały, zwłaszcza w trakcie trwania dłuższego trendu bocznego, mogą być sprzeczne.

Analiza fundamentalna, bazująca głównie na przewidywaniu przyszłych ruchów cen akcji na podstawie danych polityczno-ekonomicznych i raportów kwartalnych, wydaje się bardziej konkretna i bliższa rzeczywistości. Polega – mówiąc w skrócie – na kupowaniu firm, a nie akcji. Decyzję podejmuje się po gruntownej ocenie działalności operacyjnej konkretnego przedsiębiorstwa, zbadaniu jakości pracy jej zarządu, perspektyw rozwoju branży reprezentowanej przez spółkę, jak wypada ona na tle konkurencji. Z uwzględnieniem m.in. mechanizmów polityki gospodarczej państwa, salda bilansu płatniczego, stopy inflacji itd. Admiratorem tej metody jest przykładowo jeden z najbogatszych ludzi świata Warren Buffett, który osiągnął sukces m.in. dlatego, że zawsze chciał rozumieć naturę działalności firmy, którą miałby posiadać.

Stawiając pierwsze kroki na giełdzie warto to wszystko przemyśleć i pamiętać, że błędów się nie uniknie, a sukces zawsze w jakimś stopniu zależy od nas samych. Tak jak w życiu.

Źródło: http://www.polityka, Jan Potok, 23.07.2011

Written by kolekcjonersurowcow

14 października 2011 at 07:23

%d blogerów lubi to: