kolekcjonersurowcow

Niezależny i multimedialny blog o inwestycjach egzotycznych.

Archive for the ‘Wiadomości’ Category

Warren Buffet: wartości serwisów społecznościowych są zawyżone

leave a comment »

Amerykański inwestor uważa, że wartość większości serwisów społecznościowych jest zawyżona. Doradza rozwagę przy inwestowania w tego typu przedsiębiorstwa. Do wejścia na giełdę w najbliższym czasie przygotowuje się kilka największych serwisów internetowych.
Serwis Bloomberg.com, cytuje w swoim artykule słowa Warrena Buffeta, które padły na konferencji w New Dehli. Jest on amerykańskim inwestorem, prezesem Berkshire Hathaway i jednym z najbogatszych ludzi na świecie, znanym z tego, że stara się nie inwestować w sektorze technologicznym. Uważa, że jest on zbyt nieprzewidywalny.

Inwestor powiedział, że większość serwisów społecznościowych i stron związanych z wykorzystanie społecznościowych sieci ma zawyżone wartości. Popularność tych stron szybko rośnie, a niektóre w bardzo krótkim czasie oceniane są na wiele miliardów dolarów.

Facebook, który powstał w 2005 roku wyceniany jest obecnie na 50 mld dolarów, a Groupon, który swe początki ma w 2008 roku podobno chce, przy wejściu na giełdę, uzyskać wartość 25 mld dolarów. Traktuje to zupełnie poważnie, o czym świadczy fakt, że pod koniec zeszłego roku odrzucił ofertę Google, które dawało za niego 6 mld dolarów.

Buffet uważa, że oszacowanie wartości tych serwisów to bardzo trudne zadanie. Trzeba przyznać, że dynamika zmian na tym rynku jest bardzo szybka. W krótkim czasie prężnie rozwijająca się firma, wyznaczająca nowe standardy jak MySpace, może stać się kulą u nogi swojego właściciela, który myśli tylko o tym jak się jej pozbyć. Równie szybko serwis taki może zyskać popularność, czego przykładem jest Groupon.

Uwaga na bańkę inwestycyjną!

Wiele osób podziela zdanie Buffeta. Boją się, że boom na serwisy społecznościowe może zaowocować bańką inwestycyjną, która w zderzeniu z rzeczywistością pęknie zostawiając mokrą plamę. Amerykański inwestor twierdzi, że tylko nieliczne serwisy odniosą sukces. Kto w nie zainwestuje, osiągnie duży sukces. Nie powiedział jednak, o których firmach myśli.

Obecnie do wejścia na giełdę przygotowuje się kilka duży serwisów internetowych. Początkowo Facebook informował, że planuje pierwszą ofertę publiczną na koniec 2012 roku, ale obecnie można się jej spodziewać na początku 2012, albo nawet pod koniec bieżącego roku.

Również inne serwisy zmierzają prosto na giełdę. Najbliżej tego jest biznesowy serwis społecznościowy LinkedIn wyceniany na około 3 mld dolarów oraz serwis zakupów grupowych Groupon, który obecnie wyceniany jest już na ponad 15 mld dolarów.

Na rynku internetowych serwisów pojawiły się wielkie pieniądze. Daje on szanse na szybki zysk, ale i równie szybką oraz dotkliwą stratę. Warren Buffet zaleca więc ostrożność i rozważne inwestycje zamiast podążania za trendami, które mogą okazać się ulotne i delikatne jak bańka mydlana.

Źródło: Radosław Szpunar, http://www.internetstandard.pl, 31 marca 2011

Reklamy

Written by kolekcjonersurowcow

11 stycznia 2012 at 19:52

www.gielda-inwestora.pl

leave a comment »

Przedstawiam następny ciekawy serwis poświęcony inwestycjom – Giełda Inwestora. Wprawdzie jest to jeszcze wersja beta serwisu, ale już teraz wyróżnia się na tle innych ciekawą stylistyką i interesującymi, praktycznymi informacjami. Zresztą sami się przekonajcie. Warto odwiedzić.

www.gielda-inwestora.pl

Written by kolekcjonersurowcow

10 grudnia 2011 at 14:03

Na rynku finansowym lepiej unikać cudownych rozwiązań i super okazji

leave a comment »

Choć możliwości inwestowania pieniędzy jest niemało, wiele osób szuka nadzwyczajnych okazji oferowanych przez finansowych cudotwórców. A tych ostatnich ciągle przybywa.

Przed rokiem publikowana na stronie internetowej Komisji Nadzoru Finansowego lista ostrzeżeń przed podejrzanymi instytucjami działającymi w sferze finansów liczyła 35 podmiotów. Teraz wymienionych jest tam ich już 44. Widać więc, że szara strefa finansów ma się całkiem nieźle i szybko się rozwija. A przecież nie brakuje też osób i firm, które na tę stronę nie trafiają, bo zakres działania Komisji jest ograniczony. Nie zajmuje się ona wszystkimi rodzajami działalności finansowej, wykonywanymi pokątnie przez osoby lawirujące na granicy prawa.

Na liście Komisji znajdują się podmioty, które świadczą usługi finansowe bez wymaganego zezwolenia. Większość z nich w sposób ewidentny łamie prawo. Możemy wśród nich znaleźć aż 14 firm, które nielegalnie wykonują czynności bankowe, głównie przyjmując od swych naiwnych klientów pieniądze, obiecując wypłatę odsetek lub korzystne zainwestowanie kapitału. Zachęcają bardzo atrakcyjnym oprocentowaniem i działającymi na wyobraźnię obietnicami wysokich zysków. W wielu przypadkach chciwość bierze górę nad rozsądkiem i ostrożnością.

Sprzyja temu brak wiedzy na temat funkcjonowania świata finansów. Historia działania najbardziej znanych piramid finansowych dowodzi, że chęć osiągnięcia wielkich zysków bywa tak silna, że dają się jej ponieść nie tylko ludzie naiwni i niedoświadczeni. Można powiedzieć, że od czasów słynnej z początku lat 90. ubiegłego wieku Bezpiecznej Kasy Oszczędności wymyślonej przez Lecha Grobelnego, niewiele się pod tym względem zmieniło. Wśród oszukanych nie brakuje osób znanych, wykształconych oraz znających się i na finansach i na biznesie.

Tak było nie tylko w przypadku jednej z największych piramid finansowych skonstruowanej i prowadzonej przez wiele lat przez Bernarda Madoffa. Dali się na nią nabrać nie tylko artyści i przedstawiciele branży filmowej, gwiazdy sportu, ale także banki i finansiści. Działalność ta nie wzbudziła podejrzeń amerykańskiej komisji nadzorującej rynki finansowe. Tym bardziej warto zwracać uwagę na te podmioty, które na liście Komisji się znajdują.

Najbardziej pożądana byłaby sytuacja, w której taka lista nie byłaby potrzebna. Skoro bowiem ktoś działa niezgodnie z prawem, prawo powinno mieć skuteczne narzędzia, by mu to uniemożliwić. W praktyce nie jest to takie proste, bowiem z jednej strony mamy pomysłowych naciągaczy, z drugiej zaś niedoskonałe przepisy i nie grzeszące sprawnością procedury prawne. Większość spraw nawet w przypadku przestępstw finansowych ciągnie się przez wiele lat, zanim dojdzie do udowodnienia winy.

Trudność w ograniczaniu podejrzanej działalności wynika też często z tego, że firmy ją prowadzące mają swoje siedziby za granicą, a możliwości stwarzane przez Internet nie wymagają ich fizycznej obecności w Polsce. Jednym z przykładów może być austriacko-szwajcarska firma Tourex, na której atrakcyjną ofertę dało się nabrać około 2 tys. naszych obywateli, tracąc 20 mln euro. Na nieco mniejszą skalę działała też zarejestrowana w Stanach Zjednoczonych firma Flexworld.

Ale lista polskich piramid finansowych jest o wiele dłuższa, by wspomnieć choćby o Digit Serve, czy jednej z największych afer, związanych z działalnością Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej oraz podobnej, choć na nieco mniejszą skalę Interbrok Investment. Na liście KNF nie brakuje też firm zarejestrowanych w Panamie, Korei na Kostaryce i innych egzotycznych krajach. Ta egzotyka powinna budzić podejrzenia. Ale często nie budzi.

Na portalach społecznościowych, a nierzadko w skrzynkach mailowych można znaleźć niezwykle atrakcyjne propozycje biznesowe, otrzymać wiadomość o tym, że znaleźliśmy się na liście spadkobierców nieznanego nam dalekiego krewnego, który zostawił po sobie kilka milionów dolarów lub możemy otrzymać sowitą prowizję za udostępnienie swojego konta do transferu kilkunastu milionów dolarów od przedstawicieli kancelarii prawnej z pewnego afrykańskiego kraju. Najczęściej chodzi tu nawet nie o tzw. pranie pieniędzy, ale wyłudzanie lub czyszczenie udostępnionych kont z gotówki.

Przed takimi zagrożeniami Komisja Nadzoru Finansowego przestrzec nie może. Jednak przestrzega przed nielegalnie działającymi firmami maklerskimi. Większość spośród dziesięciu podmiotów wymienionych na stronie ma siedziby za granicą. Ale rodzime można także na niej spotkać. Jest też kilka firm bezprawnie używających w nazwie określenia fundusz inwestycyjny, a także nielegalnie prowadzących działalność ubezpieczeniową.

Warto także zdawać sobie sprawę, że Internet z jednej strony daje oszustom mnóstwo szans, z drugiej zaś jest także źródłem wiedzy o ich działalności. Spotykając się z ofertą firmy budzącą nasze podejrzenia wystarczy wpisać jej nazwę w internetową przeglądarkę, a niemal z pewnością natrafimy na zapisy na forach i listach dyskusyjnych, zawierające opinie innych internautów. A troski o bezpieczeństwo naszych pieniędzy nigdy nie za wiele. Na rynku finansowym cudownych rozwiązań i super okazji lepiej unikać.

Źródło: http://www.skarbiec.biz, Roman Przasnyski, 31.03.2011

Written by kolekcjonersurowcow

19 września 2011 at 10:02

Diamenty ze zwłok

leave a comment »

Szwajcarska firma oferuje niezwykłą usługę: zamienia… skremowane ciała zmarłych w brylanty. Na całym świecie rośnie zainteresowanie kamieniami szlachetnymi pozyskiwanymi z ludzkich prochów.

Niektórych ludzi przechodzą ciarki na samą myśl, że ich szczątki zostaną złożone w ziemi. Inni z kolei nawet po śmierci pragną być oryginalni i każą rozsypać swoje prochy do morza. Nic dziwnego, że tradycyjny pogrzeb staje się coraz mniej popularny. Istniejąca od niedawna szwajcarska firma Algordanza (w języku retoromańskim znaczy to „wspomnienie” – przyp. Onet) rozpoznała nowy trend i proponuje przerabianie prochów zmarłych na diamenty. Chętni ustawiają się w długich kolejkach.

Do biura w szwajcarskim kantonie Graubünden napływają dziesiątki zamówień z całego świata.

Klientela jest bardzo zróżnicowana. – Mamy tu cały przekrój społeczny, od kierowcy autobusu po profesora filozofii – opowiada Rinaldo Willy, jeden z dwóch założycieli firmy. W laboratorium Algordanzy pracuje na okrągło 15 urządzeń, przy których krzątają się pracownicy w okularach ochronnych. Osoby postronne nie mają tu wstępu. – Z szacunku dla zmarłych – wyjaśnia Willy. Po kremacji zostaje od dwóch i pół do trzech kilogramów popiołu. Na jeden diament wystarczy pięćset gramów. Najpierw trzeba oddzielić potas i wapno od węgla, następnie poddać go dwukrotnie obróbce ciśnieniowo-termicznej. W temperaturze 1700 stopni węgiel zamienia się w grafit, a potem przyjmuje najczystszą formę: powstaje diament.

Cały proces technologiczny trwa od sześciu do ośmiu tygodni. To szybko – w warunkach naturalnych kamienie te powstają przez wiele tysięcy lat. Surowy diament otrzymuje w laboratorium indywidualny szlif.

Największą popularnością cieszą się brylanty w kształcie serca, noszone jako breloczek albo ozdoba w pierścionku. – Każdy z nich jest niepowtarzalny – uważa Willy. Kolor kamienia zależy od składu chemicznego prochów. – Paleta barw oscyluje od granatu do bieli i niczym lustro odbija osobowość zmarłego – opowiada pan Rinaldo. Prawdziwe wytłumaczenie jest bardziej prozaiczne: im więcej kwasu borowego zawierają prochy, tym intensywniejszej barwy nabiera kamień.

Willy przyznaje, że trudno dowieść, iż gotowy brylant pochodzi rzeczywiście ze szczątków zmarłego małżonka lub ojca. Właśnie dlatego firma pobiera najpierw ze skremowanych prochów coś w rodzaju „chemicznego odcisku palca”. Analiza składu szczątek decyduje o doborze technologii i stanowi niezbity dowód, że firma przyśle zleceniodawcy do domu oryginalny skarb.

Algordanza żąda stosunkowo umiarkowanej ceny za włożoną pracę. Wyprodukowanie brylantu kosztuje, w zależności od liczby karatów, od 2800 do 10600 euro. Na całym świecie kwitnie interes na diamentach pozyskiwanych z ludzkich zwłok. Tego rodzaju firmy istnieją w USA, Rosji, Hiszpanii i na Ukrainie. Algordanza powstała w 2004 roku, zatrudnia około stu pracowników i ma filie już w 21 krajach.

Willy informuje, że „pamiątkowe brylanty” ze Szwajcarii cieszą się szczególną popularnością w Japonii. Bywają dni, że tamtejsza filia przyjmuje cztery urny ze skremowanymi prochami i wysyła je centrali do dalszej obróbki. Willy planuje otworzenie kolejnych przedstawicielstw w Indiach i w Chinach.

Założyciel Algordanzy jest przekonany, że dzięki globalizacji popyt na syntetyczne diamenty będzie nadal wzrastał. Ludzie już nie prowadzą tak osiadłego trybu życia, często przenoszą się z miejsca na miejsce i coraz trudniej jest im pielęgnować groby zmarłych. Trudno też podróżować z urną w walizce. Dlatego też coraz częściej do drzwi szwajcarskiej firmy pukają najbliżsi, prosząc o przeobrażenie prochów zmarłych w cenną pamiątkę.

Źródła: Süddeutsche Zeitung, 25.07.2008

Written by kolekcjonersurowcow

2 września 2011 at 07:44

Bo nie zapomnisz mnie

leave a comment »

Kiedy bank puszcza do mnie oko Markiem Kondratem, a inny śpiewa Maćkiem Maleńczukiem, mam ochotę uciekać… Hołowczycem.

Bez rachunku w banku nie wyobrażam sobie życia. Sposób w jaki wybieram bank jest dla mnie oczywisty. Wiem, że potrzebuję dostępu do rachunku przez internet, karty lub dwóch, jakiegoś kredytu w rachunku, konta oszczędnościowego etc. Dla części osób poszukujących „swojego” banku nie jest to jednak takie oczywiste. Głupieją, gdy atakuje ich drugi, piąty, dziesiąty spot reklamowy o tym samym, ale w innej cenie.

Z racji zawodu i z ciekawości przyglądam się sposobom komunikacji banków z klientami i potencjalnymi klientami. Najbardziej zauważalny jest oczywiście spot reklamowy. W oczy rzucają się również billboardy, ulotki, a dla bardziej wnikliwych obraz banku budują pracownicy infolinii. I tu zaczyna się zabawa, która zajmuje mnie od lat. Zrobić dobrą reklamę lokaty, kredytu, rachunku lub bankowości internetowej nie jest łatwo. Co nie oznacza, że się nie da. A jednak bankierzy godzą się na przedstawianie w reklamach banku doradców, mających problem ze zwerbalizowaniem najprostszych myśli, kobiet emanujących seksem, facetów w bokserkach przesiadujących na kanapie z pieskiem lub bandy tańczących w melonikach z parasolem, szkolących się w wazeliniarstwie, by radośnie zrealizować targety. Żaden z tych obrazów nie oddaje sedna, ma jedynie przyciągnąć uwagę na chwilę.

BRE Bank wyemitował kiedyś reklamę, w której zmysłowa, długowłosa blondynka mruczy coś o bankowości dla MŚP, po czym powoli rozpina bluzkę i… zaczyna karmić piersią niemowlę. To ma być dowód na jej opiekuńcze podejście do klientów – przedsiębiorców. Nie mogę powiedzieć, że reklama jest mało estetyczna czy odrzucająca, ale nie sposób nie zauważyć, że kompletnie nie licuje z wizerunkiem banku. W moim pojęciu bank nie musi wykazywać się matczyną troską, wystarczy, że rękami swoich pracowników będzie dążył do spełnienia najbardziej podstawowych potrzeb klienta w sposób co najmniej zadowalający. Będzie również dostrzegał bardziej wysublimowane oczekiwania klientów i starał się im zaradzić. Cóż miała ta reklama przekazać? Czy to, że bank jest troskliwy, czy może to, że klient jak niemowlę, będzie całkowicie bezbronny w objęciach banku?

Innym przykładem, rażącym, sprowadzania banków i bankowców do roli idiotów są ostatnio emitowane reklamy Eurobanku, w których oświadcza odbiorcom, że bank daje premie za wzięcie kredytu. Jednego razu bankowców gra dwóch młodzieniaszków, z których jeden jest pobudzony, a drugi otępiały. Innym razem o promocji opowiada dziewczyna wyglądająca jak demon. Akcja w obu przypadkach toczy się w oddziale banku, a ja myślę sobie, że to ostatnie miejsce, do którego chciałabym wejść. Czy bankowcy i ich spece od reklamy rzeczywiście wierzą, że stylizowanie pracowników front office na idiotów zwiększy sprzedaż, zaufanie klientów czy poprawi wizerunek? Gratuluję pomysłu. I współczuję prawdziwym pracownikom Eurobanku.

Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych Bank Śląski (jeszcze nie ING) podpisywał kontrakt z Markiem Kondratem, dyrektor jednego z oddziałów tego banku w rozmowie ze swoimi podwładnymi użył sformułowania, które na długo zapadło mi w pamięć: „jeszcze będziecie rzygać Markiem Kondratem”. Zniesmaczyło mnie to do tego stopnia, że długo nie mogłam patrzeć na Kondrata i pałałam wielką niechęcią do Banku Śląskiego. Dopiero kiedy przy okazji konferencji w Budapeszcie, którą zorganizował ING (z okazji objęcia sponsoringiem Formuły 1) poznałam Marka Kondrata i długo rozmawiałam z nim na temat jego kontraktu z bankiem, wstręt mi przeszedł. Potrzebowałam na to prawie 10 lat.

Udział uznanych aktorów w reklamach banków, udział celebrytów, sportowców, nie wszystkim się podoba. Odnosi jednak zamierzony skutek – bank z twarzą aktora, celebryty czy sportowca jest na ustach wszystkich. Do niedawna jednak banki sięgały wyłącznie po nasze rodzime gwiazdki i gwiazdy. Aż pewnego dnia zadzwonił do mnie Piotr Gajdziński, ówczesny rzecznik prasowy BZ WBK i zapytał: „Małgosia, chcesz poznać Johna Cleese’a?”. Chciałam. Urzekł mnie prostotą i skromnością. Mam nadzieję, że to nie była aktorska poza. Bank sprzedał ogrom kredytów pokrzykując przy tym „I love pierogi”, a zielone logo BZ WBK stało się równie przyjazne jak John Cleese. Niestety, później bank spuścił z tonu. Bo choć gwiazdorstwa Danny’emu DeVito odmówić nie można, to sama reklama prezentowała już inną jakość. Podobnie Gerard Depardieu. Niby zabawne, ale jakieś sztuczne. Antonio Banderas natomiast, ze swym Desperado-look mówi mi: „uważaj!”.

Aktorzy mają przewagę nad widzami. Potrafią wywołać u nich emocje dobre, złe, w zależności od zapotrzebowania. Grają. W tym wypadku siebie, choć to zawsze tylko gra aktorska. My jednak lubimy, by „nasz” bank miał jakąś twarz. Najlepiej znaną, lubianą, łatwą do zapamiętania. Proponuję małą grę, quiz, czy jeśli ktoś woli – zagadkę. Podam kilka nazwisk, a Wy, drodzy Czytelnicy przyporządkujcie do nich nazwy instytucji, z którymi mogą się one kojarzyć. W ostatnim zdaniu tego artykułu podam prawidłową odpowiedź. Oto nazwiska: Krystyna Janda, Kasia Kowalska, Michał Żebrowski, Leo Beenhakker, Bogusław Wołoszański, Michał Koterski, Stanisław Tym, Krzysztof Hołowczyc, Tamara Arciuch.

Wśród wymienionych znajdują się osoby związane ze sportem, muzyką, teatrem, kinem, satyrą. A jednak każda z nich wnosi do banku coś, czego oczekują „zwykli” klienci. Cóż to jest? Poczucie przynależności do elitarnego grona. Każda ze znanych osób reklamująca bank ma przecież swoich przeciwników i zwolenników, fanów wręcz, a to do nich właśnie ten przekaz dociera najpełniej. Może kłócić się wyobrażeniem ulubionej gwiazdy lub nie, ale jedno jest pewne – zapada w pamięć.

Jest jeszcze jedna kampania, na którą szczególnie chciałabym zwrócić uwagę, na wolnych zawodowców. Trudno mi powiedzieć czy mój zachwyt wywołała forma, czy może fakt, że reklama kierowana była m.in… do mnie, wszak wykonuję wolny zawód. Volkswagen Bank reklamował się spotami, które do złudzenia przypominały niezły film. Prawdę mówiąc, oglądając wolnego lekarza po raz pierwszy sądziłam, że to trailer jakiegoś filmu sensacyjnego i nawet zastanawiałam się czy będzie dobry. Reklama mnie zaskoczyła i ucieszyła. Ucieszyła, bo pokazała, że usługi finansowe można ciekawie reklamować. Potem była Anna wysadzająca budynek i tester. Wszystkie spoty były oglądane miliony razy na YouTube.

Tak, to subiektywne odczucia i nie można traktować ich jak wyrocznie. Niemniej jednak odzwierciedlają poglądy sporej grupy ludzi. Jeśli wśród tej grupy znajdują się również tacy, co to mają wpływ na kształtowanie opinii, to już gorzej… dla banku.

Cenny gwiazdozbiór

Kilkadziesiąt znanych nazwisk, niemal wszystkie banki z pierwszej dwudziestki i setki milionów złotych, jeśli zsumować wszystkie kampanie – to tylko statystyki. Te jednak przekładają się na wymierne korzyści banku. Jedna kampania reklamowa z celebrytą, sportowcem czy aktorem może przysporzyć bankowi nawet kilkaset tysięcy kredytów, rachunków, lokat, w zależności od tego, który z tych produktów bank chciał dobrze sprzedać. Justyna Kowalczyk zarobiła dla Polbanku ponad 200 tys. nowych klientów, Antonio Banderas dla BZ WBK ok 145 tys., a budzący tyleż negatywnych co pozytywnych emocji Szymon Majewski (z gażą przyprawiającą o zawrót głowy) dla PKO BP na razie tylko 84 tys. nowych klientów. Z ciekawością czekam na wyniki Kredyt Banku, który powierzył swoje dobre imię superduetowi Mann i Materna.

Inny punkt widzenia

Tomasz Marszałł, dyrektor Departamentu Marketingu PKO BP, podsumowując wpływ kampanii marketingowej z Szymonem Majewskim na wizerunek i wyniki banku używa sformułowania „zmiany na lepsze”. Uważa, że dzięki reklamom bank zaczął być postrzegany jako bardziej przyjazny dla klienta, dynamiczny i nowoczesny. Sukcesem ma być również sprzedaż nowych ROR-ów. Bank, podsumowując kampanię posługuje się badaniami Millward Brown SMG/KRC. Wynika z nich, że akcja zaowocowała korzystną zmianą wizerunku banku. Reklamy – tak uznali ankietowani – są pozytywnie odbierane i dobrze oceniane. To dowodzi tylko, że moje kręcenie nosem na Szymona w krótkich majtkach ma się jak pięść do nosa i nie poddaje się trendowi. Cóż mogę dodać? Podzieliłam się moim zdaniem z bliskimi – rodziną i przyjaciółmi – sądząc, że może jestem odszczepieńcem, skoro badania tak wskazują. Nie jestem. W skrócie można powiedzieć, że uznali ją m.in. za seksistowską, podając za przykład kilka fragmentów, m.in. „ładna zostanie po godzinach”. Rodzinę i przyjaciół możecie, drodzy Czytelnicy, nazwać niewiarygodnymi – ot, chcieli być dla mnie mili. Dlatego wybrałam się do PKO BP z tym samym pytaniem. Początkowo rozmawiałam (nie, nie podam nazwisk) z kilkoma pracownikami centrali, potem z działem (jego fragmentem) IT, aż dotarłam do oddziału. Jednego oddziału, drugiego, trzeciego. Uderzyło mnie tylko jedno. We wszystkich opiniach pojawiało się to samo określenie: seksistowska. Nie oszalałam.

W badaniu Millward Brown SMG/KRC monitorującym kondycję marki, jej wizerunek i ocenę reklam bankowych, spot pt. „Dyrektor marketingu” osiągnął rekordowy wynik zaangażowania uwagi odbiorców. W historii badania jedynie cztery reklamy konkurencyjnych banków uzyskały podobne wyniki. Badania TNS Pentor wskazują natomiast, że reklamy z udziałem Majewskiego mają wysoki potencjał do wyróżnienia się z bloku reklamowego i są dobrze powiązane z marką banku. Badanym najbardziej podobała się „pani Krystyna” w wersji „Nogi”. Jest ich zdaniem wesoła i zabawna. Do założenia konta najlepiej zachęcał „Dyrektor marketingu” uznawany za najbardziej zrozumiały i rzeczowy. Nie zgadzam się z tym, ale nie jestem wyrocznią.

Facebook – znak czasu

Nie mieć konta na Facebooku to jak przespać szansę. Szymon Majewski ze swoim bankiem – chyba można tak o tym duecie powiedzieć – mają konto na Facebooku. Na otwarcie wyświetlił mi się „profesor Szymon”.

Najciekawszymi – zdaniem Marszałła – działaniami na Facebooku wykorzystującymi Majewskiego były uruchomione aplikacje. 30 marca na profilu banku pojawiła się gra „Konkurs rzutów z Szymonem”, w którą można było grać do 3 kwietnia o unikatowe koszulki, rzucając piłkę do kosza w seriach po 20 rzutów. Rozegrano 14 695 serii gry, a przez pięć dni liczba fanów na profilu banku wzrosła o ponad 2 tysiące do 4700 osób.

W kolejnej aplikacji (21-30 kwietnia) trzeba było złożyć postać „pani Krystyny” z części ciała, ubrań i dodatków. Gracz, który przygotował w grze „Stwórz Krystynę” swoją postać, zachęcał znajomych do głosowania na nią. Najlepiej oceniane „Krystyny” zostały nagrodzone zestawami gadżetów. W sumie w „Krystynę” zagrało 5828 osób.

Na Facebooku znalazłam także ING (Kondrat tylko gdzieniegdzie lekko wystaje, tak bez przesady), BZ WBK i skrzętnie ukrytego Banderasa, Kredyt Bank z Mannem i Materną, Millennium z Jose Mourinho i Eurobank bez celebrytów. Nie znalazłam Pekao. Innych banków już nie szukałam, wyciągając z tego prostego doświadczenia wniosek taki, że banki radzą sobie z wykorzystaniem tego medium, acz nie wszystkie. I tu przypomniał mi się raport pt. „Polski PR w sieci: PR-owcu, co wiesz o social media?”.

PR-owiec wie niewiele. To znaczy sądzi, że wie wiele, ale ma problemy np. ze sprawdzeniem efektów swoich działań w mediach społecznościowych. „Chcą łatwiej zarządzać kryzysem przez komunikację w internecie, ale nie przygotowują scenariuszy komunikowania w sytuacji kryzysowej. Media społecznościowe jawią się specjalistom od PR jako atrakcyjne, tanie i modne medium komunikacji, jednak nadal brakuje wiedzy na ich temat – jak je wykorzystać, jakie są ich ograniczenia i jakie zagrożenia ze sobą niosą” przeczytałam w komunikacie.

Czasami boję się otworzyć lodówkę, by nie wyskoczył z niej Karolak, Zakopower lub Fronczewski. Męczy mnie natarczywość, z jaką znane twarze wdzierają się do mojego domu przez ekran telewizora, czytają razem ze mną gazetę, spoglądają na mnie z billboardów. Zadaję sobie pytanie, czy tylko mnie to drażni? mBank przygotował – dla przeciwwagi może – kampanię, w której natrząsa się z celebrytów. Nie jest to jednak wyraz solidarności z poirytowanymi klientami banków wszelkich, lecz dobrze policzona i zaplanowana akcja, wyróżniająca się w powodzi innych, sztampowych. mBank przyoszczędził na gwieździe, prosząc o wsparcie… św. Krzysztofa.

Źródło: Gazeta Bankowa, Małgorzata Alicja Dudek, 2011-08-11

Written by kolekcjonersurowcow

30 sierpnia 2011 at 19:52

Inwestycje w srebro zarobiły więcej niż złoto

2 Komentarze

Srebro świeci na inwestycyjnym panteonie niezwykle jasno. W ciągu roku dało zarobić ponad 100 procent – trzy razy więcej niż złoto. Czy był to tylko chwilowy rajd?

W ślad za złotem

To, że srebro chwilowo przyćmiło złoto, nie znaczy, iż tamto przestało nadawać ton na rynku kruszców. Gdy w 2001 roku rozpoczęła się, trwająca jak dotąd nieprzerwanie, fala wzrostów złota, niewielu inwestorów myślało o inwestycji w metale szlachetne. Ci zaś, którzy to czynili, wybierali złoto nie srebro. Tym drugim zainteresowano się dopiero dwa lata później, gdy złoto wzrosło już o połowę. Odtąd, aż do kryzysu finansowego w 2008 roku, stosunek ceny złota do ceny srebra malał (srebro drożało szybciej niż złoto).

Miało to szereg przyczyn. Po pierwsze, inwestorzy obawiali się, że złoto nie będzie już dalej tak rosnąć, a ze względu na osiągnięcie wysokich poziomów cen, ewentualna korekta mogłaby być bardzo dotkliwa. Srebro zaś ciągle postrzegano jako bliską alternatywę, która nie jest aż tak wysoko wyceniana. Po drugie, srebro było znacznie łatwiej dostępne dla drobnych inwestorów pragnących wejść w posiadanie fizycznego kruszcu. Złote monety lub sztabki to wydatek równowartości kilku tysięcy złotych, podczas gdy takie same wyroby ze srebra można mieć już za równowartość kilkudziesięciu złotych. Po trzecie, doceniano wzrost znaczenia srebra w szeroko pojętych zastosowaniach przemysłowych.

Cenny składnik

Ten ostatni czynnik zasługuje na to, by poświęcić mu więcej uwagi. Srebro stosuje się w elektronice (jest pierwiastkiem o najlepszych właściwościach przewodzących), w optyce (najlepiej ze wszystkich pierwiastków odbija światło), a także do wyrobu baterii oraz w przemyśle kosmetycznym. Duże nadzieje budzi zwłaszcza kosmetyka. Choć antybakteryjne właściwości srebra znane są od setek lat, stosunkowo niedawno zaczęto stosować go jako dodatek do kosmetyków, bielizny i obuwia.

Kulą u nogi dla rynku srebra przez wiele lat była fotografia, w której przejście na technologię cyfrową powodowało spadek zużycia srebra. Jeszcze w 2000 roku prawie 25 proc. światowej produkcji srebra zaspokajało potrzeby wyłącznie tej branży, dziś jest to około 8 proc. Pozostałe gałęzie zużywające srebro dynamicznie się za to rozwijają.

Wykorzystanie srebra w przemyśle ma jedną bardzo ważną cechę. Metalu tego używa się w małych ilościach i jego udział w koszcie wyrobu finalnego jest niewielki. Jego wykorzystanie jest przy tym niezbędne do tego, by produkt miał pożądane właściwości. W efekcie popyt na srebro jest mało elastyczny – nawet duży wzrost cen nie powstrzymuje odbiorców przemysłowych od kupowania kruszcu.

Bliskie związki srebra z przemysłem widać we wpływie wskaźnika zaufania amerykańskich przedsiębiorstw ISM na ceny metali szlachetnych. Utrzymywanie się tego wskaźnika w ostatnich latach powyżej 50 (co oznacza ekspansję gospodarczą), sprzyjało temu, że srebro drożało w stosunku do złota.

Powtórka z historii

Wydaje się, że podobna sytuacja, jak w latach 2003-2008, występuje obecnie, tyle że tempo zachodzących procesów wyraźnie przyśpieszyło. Wydarzenia związane z kryzysem finansowym zaowocowały gwałtowną wyprzedażą złota i jeszcze większą srebra, gdyż obawiano się gwałtownego spadku aktywności gospodarczej oraz deflacji. Stosunek ceny złota do ceny srebra znalazł się na poziomie 80. Szybko jednak obawy deflacyjne rozwiała zdecydowana interwencja banków centralnych, a rynki po gwałtownych spadkach zaczęły dyskontować ożywienie. Cena srebra znów zaczęła rosnąć szybciej od ceny złota.
Wszystkie wspomniane wcześniej trzy czynniki zadziałały z wielką intensywnością. Srebro na początku kryzysu finansowego zostało znacznie dotkliwiej przecenione niż złoto, wolniej zyskiwało też na utrzymującej się później niepewności. Nie pobiło w 2009 roku (w przeciwieństwie do złota) ustanowionych rok wcześniej rekordów. Nabrało więc cech niedowartościowanej alternatywy inwestycyjnej. Drobni inwestorzy zaniepokojeni kryzysem, od którego huczało w mediach, ruszyli do mennic kupować monety i sztabki.

Sprzedaż sławnej, jednouncjowej monety American Silver Eagle poszybowała w górę. W styczniu bieżącego roku sięgnęła 6 milionów uncji, podczas gdy do 2007 roku średnia roczna sprzedaż wynosiła około 10 milionów uncji. Wzrosło także zainteresowanie ze strony odbiorców przemysłowych, którzy powrócili do zakupów metalu ograniczonych wcześniej w trakcie recesji.

To, co wcześniej zajęło osiem lat, w tej chwili nastąpiło w ciągu nieco ponad dwóch. Wystarczył silny wzrost cen złota w 2009 roku, by srebro gwałtownie wystrzeliło do góry już rok później. Olbrzymie zainteresowanie inwestycjami w metale szlachetne, w powszechnej świadomości chroniącymi przed kryzysem i odpornymi na zawirowania na rynkach, spowodowało, że dała o sobie znać płytkość rynku srebra.

Szybki wzrost, szybki spadek?

Roczna produkcja srebra jest około dziewięciu razy mniej warta od produkcji złota. Kruszec zgromadzony w popularnych wehikułach inwestycyjnych lokujących powierzone im środki w fizyczne srebro (ETF-ach) jest wart około 20 mld dolarów, czyli mniej więcej sześć razy mniej niż zgromadzone w funduszach ETF złoto. Z tego powodu kilka miliardów dolarów świeżych środków wywołuje na rynku srebra bardzo znaczące wzrosty cen. Inwestorzy, którzy wciąż jeszcze stanowią zdecydowaną mniejszość nabywców srebra odpowiadają za gwałtowny wzrost popytu i cen. Mało elastyczny popyt przemysłowy nie powoduje zaś spadku zapotrzebowania ze strony zakładów używających w produkcji srebro.

To jednak, co na razie bardzo pomaga wzrostom, będzie utrudniało wyhamowanie spadków cen srebra. Gdy zainteresowanie inwestorów spadnie a w ślad za nim podążą ceny, próżno liczyć na to, że odbiorcy przemysłowi zaczną nagle kupować więcej metalu. Warto o tym pamiętać, gdyż scenariusz korekty na rynku srebra coraz bardziej się przybliża. Gwałtowny spadek współczynnika ceny złota do ceny srebra zwykle poprzedzał spadki na rynku kruszców. Miało to miejsce także w 1980 roku, chwilę przed tym nim pękła wieloletnia bańka na złocie. Warto dodać, że spadek owego współczynnika wynosił około 50 procent (z nieco poniżej 40 do nieco poniżej 20). Obecnie stosunek ceny złota do ceny srebra wynosi 41,5, czyli także już o połowę mniej od szczytu w listopadzie 2008 roku.

Nie jednak we współczynniku cen kruszców leży klucz do przewidzenia momentu korekty. Znak do odwrotu da złoto. Jeśli nie uda mu się poprawić grudniowych rekordów przy okazji niepokojów na Bliskim Wschodzie, będzie to znak, że entuzjazm inwestorów dla inwestowania w kruszce słabnie. Jeżeli efektu nie da nawet powrót zamieszania na rynku długu państw strefy euro, to niedawnych nabywców srebrnych trofeów czeka rychło spore rozczarowanie.

Źródło: Maciej Bitner,Wealth Solutions,06.03.2011

Written by kolekcjonersurowcow

26 sierpnia 2011 at 08:34

Złoto korzysta na słabości giełd

2 Komentarze

Powrót spadków na giełdowe parkiety to jedna z lepszych wiadomości dla posiadaczy złotych sztabek. Coraz słabsze dane makro z Europy zwiększają ryzyko nawrotu recesji i każą inwestorom poszukiwać bezpiecznych aktywów.
W drugim kwartale wzrost gospodarczy w Niemczech zwolnił z 1,3% do 0,1% w ujęciu kwartalnym. Największa gospodarka strefy euro dołączyła do Francji, Hiszpanii i Włoch, faktycznie pogrążając się w stagnacji.
To zła wiadomość dla inwestujących w akcje i surowce, których ceny są wrażliwe na zmiany koniunktury gospodarczej. Europejskie giełdy zareagowały silnymi spadkami: wczesnym popołudniem indeksy od Paryża przez Frankfurt po Madryt i Mediolan zniżkowały w granicach 2-3%.
W niepewnych czasach kapitał poszukuje bezpiecznych aktywów, a po obniżce ratingu Stanów Zjednoczonych zasób takowych uległ znacznemu uszczupleniu. Jedną z nielicznych „bezpiecznych przystani” pozostało złoto, którego nominalne ceny w zeszłym tygodniu ustanawiały nowe rekordy na poziomie 1.815 USD/oz.
We wtorek o godzinie 13:15 uncja złota kosztowała 1.777 dolarów i była o 0,5% droższa niż w poniedziałek.

K.K.
źródło: http://www.bankier.pl, 2011-08-16

Written by kolekcjonersurowcow

18 sierpnia 2011 at 09:02

%d blogerów lubi to: