kolekcjonersurowcow

Niezależny i multimedialny blog o inwestycjach egzotycznych.

Biznes genetycznie zmodyfikowany

leave a comment »

Za kulisami sporu o to, czy mamy być krajem wolnym od GMO, rozgrywa się walka o kontrolę nad krajowym rynkiem nasion i pasz – najbardziej urodzajną częścią biznesu spożywczego.

Miles Monroe, neurotyczny właściciel sklepu ze zdrową żywnością, poddaje się zabiegowi chirurgicznemu. Ponieważ operacja się nie udaje, lekarze postanawiają go zahibernować. Miles budzi się po dwustu latach w totalitarnym, zautomatyzowanym świecie, pozbawionym naturalnego środowiska i pełnym gigantycznych zmutowanych roślin. Ta fabuła komedii science fiction „Śpioch” Woody’ego Allena z 1973 roku nawiązywała do realnych obaw społeczeństwa przed manipulacjami genetycznymi, do których amerykańscy naukowcy zabrali się w latach 70. Strach wywoływał zwłaszcza niezbadany właściwie do dziś wpływ obcego DNA na zdrowie człowieka oraz upraw transgenicznych roślin na środowisko naturalne.

Mimo tych obaw USA stały się już kilkanaście lat później potęgą GMO (genetically modified organisms). Dziś na ich obszarze znajduje się niemal 70 proc. z ok. 150 mln hektarów transgenicznych upraw na świecie, które zajmują już 10 proc. globalnej powierzchni rolnej. Głównie dzięki wsparciu eksportu roślinnej biotechnologii przez amerykański rząd, który oprócz dotacji do produkcji zaangażował się w międzynarodowy lobbing na rzecz upowszechniania GMO, co niedawno ujawniły m.in. wycieki dyplomatycznych depesz do WikiLeaks. Amerykanie przekonują, że ziarna GMO, mimo że nawet trzy razy droższe od tradycyjnych, są jedynym skutecznym sposobem na zwiększenie wydajności i jakości plonów, odporność na zmiany klimatyczne, suszę, zasolenie czy walkę ze szkodnikami.

Tego hurraoptymizmu nie podziela większość krajów Unii Europejskiej, dla których hamowanie rozwoju GMO ma być ideologiczną odpowiedzią na obawy Europejczyków. Według badań Eurobarometru większość z nich sprzeciwia się rozprzestrzenianiu genetycznie modyfikowanych produktów. Unia nie może jednak zabronić sprzedaży produktów z modyfikowanymi składnikami, bo w 2006 r. WTO orzekła, że zakaz ich importu łamałby zasady wolnego handlu. W całej Europie, w tym w Polsce, można więc kupić żywność chrzczoną GMO (np. wędliny z białkiem sojowym, lecytynę sojową czy produkty kukurydziane), tyle że muszą być wyraźnie oznakowane.

Na półkach nie ma co szukać mutowanych pomidorów czy jabłek, bo poza USA komercyjnie uprawia się na świecie głównie bawełnę oraz przeznaczane na pasze, oleje i biopaliwa soję, kukurydzę i rzepak. W rzeczywistości zawierają one tylko dwa rodzaje modyfikacji, z których jedna powoduje odporność na herbicydy (środki do niszczenia chwastów), a druga – zdolność do samodzielnej produkcji naturalnego środka owadobójczego – bakteryjnej toksyny Bt. I o to, by nie wpuścić ich upraw do Europy, trwa walka na froncie Unia – USA. Niemcy, Francja czy Holandia są bowiem największymi konkurentami Stanów w eksporcie nasion i sadzonek dla rolników. Na przykład do Polski, gdzie po sprzedaży państwowych central nasiennych gros odmian, m.in. rzepaku i kukurydzy, jest sprowadzane z zagranicy.

Większość roślin transgenicznych na świecie pochodzi z nasion amerykańskiej firmy Monsanto, do początków lat 80. znanej głównie z produkcji środka Agent Orange używanego podczas wojny w Wietnamie do niszczenia dżungli, czy herbicydu Roundup. To na ten środek jest zaprogramowana genetycznie większość roślin GMO, więc trzeba go używać do odchwaszczania upraw. Europejscy naukowcy biją na alarm, że działa toksycznie na komórki ludzkie, zabija pszczoły, odkłada się w glebie i wodzie. Tymczasem firma Monsanto wykorzystała wpływy z opatentowanych technologii do przejmowania zagranicznych firm nasiennych, by zapewnić zbyt dla zmodyfikowanych odmian. Inne firmy o chemicznych rodowodach, które zajmują się patentowaniem nasion nie tylko transgenicznych – amerykański DuPont, szwajcarska Syngenta, francuski Limagrain czy niemiecki BASF – zaczęły się wymieniać z Monsanto patentami, by nie stracić rynku.

W ten sposób dziesięć międzynarodowych koncernów kontroluje prawie 70 proc. światowego rynku kwalifikowanych nasion. W GMO szansę znaleźli też producenci zbóż, zwłaszcza amerykańskie ADM i Cargill. Wszystkie firmy są obecne w Polsce. Monsanto sprzedaje u nas od lat 70. nasiona i ma pola doświadczalne. ADM walczy teraz z Bunge (właściciel Zakładów Tłuszczowych Kruszwica) o przejęcie Elstar Oils, dzięki czemu kontrolowałby nawet połowę przerobu rzepaku. Cargill od lat 60. handluje u nas m.in. zbożem, paszami i produkuje izoglukozę.

W 1998 r. założył joint venture z Monsanto, jest największym światowym przetwórcą modyfikowanej soi i rzepaku z wielkopowierzchniowych upraw, m.in. w Brazylii czy Argentynie. To dzięki nim wartość rynku nasion GMO wzrosła w ciągu 30 lat trzykrotnie, do 42 mld dolarów w 2011 r., a do 2020 r. może się jeszcze podwoić. Kraje unijne wykorzystują więc walkę z GMO m.in. do ochrony pozycji swoich firm hodowlanych, które zajmują się sprzedawaniem tradycyjnych lokalnych odmian nasion.

Zamykanie europejskiego, sowicie dotowanego rolnictwa przed uprawami GMO dotyka mocno globalnych gigantów. Zwłaszcza że Rosja, podobnie jak Białoruś, również praktycznie zamknęła granice przed uprawami GMO. Najwygodniejszym do tego argumentem okazały się sygnały od rolników, że modyfikowane rośliny nie zawsze dają wyższe plony, uzależniają od pestycydów, zapylają okoliczne genetycznie czyste uprawy, a rośliny chorują na nieznane choroby. Z kolei Chiny, dotychczas największy importer modyfikowanej soi, zakazały sprowadzania zachodnich nasion. Opracowują własne transgeniczne odmiany, które zamierzają hodować samodzielnie.

Unia Europejska dopuściła do tej pory tylko jedną odmianę kukurydzy wytwarzającą toksynę Bt oraz ziemniaka Amflora stworzonego na potrzeby przemysłu papierniczego. Dziewięć państw, m.in. Francja, Niemcy, Austria i Węgry, całkowicie zakazało jednak ich upraw, a inne – jak Irlandia czy Anglia – ograniczają je przez tworzenie stref wolnych od GMO. Korzystają z furtki w unijnym prawie, która pozwala na zakaz, jeżeli takie uprawy zagrażają np. ich różnorodności biologicznej, tradycyjnym uprawom – zwłaszcza ekologicznym – czy czystości nasion.

Takich argumentów używali też polscy ekolodzy. W sierpniu udało im się przekonać prezydenta Komorowskiego do zawetowania ustawy o nasiennictwie, w której znalazły się zapisy o GMO. Awanturę wywołało pozwolenie na wpisywanie transgenicznych nasion do krajowego rejestru. To – zdaniem ekologów – oznaczało, że ich uprawa stałaby się legalna, co mogłoby przestraszyć naszych największych odbiorców produktów rolnych, czyli m.in. Niemcy czy Rosję.

Z tego samego powodu od dwóch lat w zamrażarce sejmowej leży ustawa o organizmach genetycznie zmodyfikowanych, która miała regulować zasady ich hodowli, co oznaczało automatycznie pozwolenie na nią. Oficjalnie Polska – zgodnie ze stanowiskiem przyjętym przez rząd PO–PSL w 2008 r. – należy do krajów wolnych od GMO. Ale choć ustawa o nasiennictwie wyklucza legalny obrót odmianami GMO dopuszczonymi w Unii (łamiąc zresztą wymuszone przez WTO unijne dyrektywy), polscy rolnicy i tak sprowadzają ziarno transgenicznej kukurydzy z zagranicy, głównie z Czech, i uprawiają ją przez nikogo niekontrolowani. Ich szacunkową wielkość (3 tys. hektarów) ujawniły statystyki ISAAA – organizacji skupiającej producentów modyfikowanych nasion.

Rozprzestrzeniania się GMO boi się 20 tys. polskich rolników ekologicznych, którzy w przypadku wykrycia skażenia ich upraw przez zmodyfikowanych sąsiadów straciliby ekocertyfikaty. Ryzyko jest spore, bo w Polsce dominują małe i średnie gospodarstwa, a uprawianie obok siebie transgenicznych i tradycyjnych zbóż, bez wzajemnego przenikania upraw jest w praktyce niemożliwe. Nie wiadomo, kto i jak miałby zmusić rolników do tworzenia olbrzymich pasów oddzielających pola, używania oddzielnych maszyn i traktorów czy budowania osobnych mieszalni pasz.

Spory o GMO działają jeszcze bardziej na nerwy producentom pasz, bo na razie jedynym prawnym konkretem jest u nas Ustawa o paszach z 2008 r., która ma wprowadzić od 2013 r. zakaz stosowania w paszach genetycznie zmienionych składników. Paszowe lobby walczy o jego zniesienie.

– Jeżeli zakaz wejdzie w życie, nasi producenci przestaną produkować pasze, bo ich głównym składnikiem jest śruta sojowa, która w 90 procentach pochodzi z modyfikowanych roślin – ostrzega Maciej Tomaszewicz, sekretarz Izby Zbożowo-Paszowej.

Faktycznie, w ciągu kilku lat import śruty sojowej – głównie z Brazylii, Argentyny i USA – sięgnął ok. 1,8 mln ton. Jednocześnie branża paszowa jest u nas najbardziej skonsolidowanym i zyskownym sektorem biznesu rolnego, wartym nawet 10 mld złotych. Jego liderem, po przejęciu byłego państwowego Rolimpexu, było dotychczas Provimi. W sierpniu fundusz inwestycyjny Permira sprzedał je firmie Cargill. Po przejęciu może ona zająć nawet jedną trzecią polskiego rynku pasz, na którym jej największym konkurentem był do tej pory holenderski De Heus i krajowy Wipasz.

Na „czystej” soi, która jest nawet 30 proc. droższa od modyfikowanej, zależy więc tylko rolnikom ekologicznym i tym, którzy pasze wysyłają do krajów unijnych. Jacek Juchniewicz, prezes producenta pasz dla ryb Aller Aqua, przyznaje, że jego klienci z 20 krajów europejskich żądają od niego produktów wolnych od GMO. Problem mają też producenci mięsa. Konspol musi takie pasze zamawiać dla kurczaków hodowanych m.in. dla Tesco czy McDonald’s. Polski rząd wpadł niedawno na pomysł, że modyfikowaną soję rolnicy mogliby zastąpić roślinami strączkowymi: grochem, łubinem czy bobikiem. W sierpniu zaakceptował wart 35 mln zł projekt badawczy, dzięki któremu mają powstać ich odpowiednie odmiany. Nie wiadomo tylko, czy znajdą się chętni do ich hodowania, jeżeli nie będzie to w interesie gigantów na rynku pasz. Co ciekawe, europejskie firmy hodowlane, pomimo zakazu upraw GMO w ich własnych krajach, coraz intensywniej pracują nad własnymi roślinami transgenicznymi.

W zeszłym roku niemiecka KWS podpisała umowę z BASF (tym od ziemniaka Amflora), która ma doprowadzić do uzyskania superwydajnego buraka cukrowego.

– Podczas gdy europejskie i amerykańskie firmy inwestują miliardy euro rocznie na badania nad nowymi odmianami roślin, nasz przemysł nasienny praktycznie już nie istnieje. Trudno się więc dziwić, że uzależniliśmy się od zagranicznych odmian i modyfikowanej soi – uważa Sławomir Podlaski, profesor SGGW. I choć nie wiadomo, jak polska historia z GMO ostatecznie się skończy i kto odegra w niej decydującą rolę, przeczucie mówi, że coś w niej już przespaliśmy.

Źródło: http://www.forbes.pl, Magdalena Krukowska, 03.10.2011

Written by kolekcjonersurowcow

26 Październik 2011 @ 06:13

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: