kolekcjonersurowcow

Niezależny i multimedialny blog o inwestycjach egzotycznych.

Posts Tagged ‘obrazy

Internetowa giełda dzieł sztuki w portalu inwestycyjnym Giełda Inwestora

z jednym komentarzem

Niezależny multimedialny portal inwestycyjny Giełda Inwestora uruchomił internetową giełdę dzieł sztuki.

Internetowa giełda dzieł sztuki Galeria Inwestora  kieruje ofertę współpracy bezpośrednio do Artystów, galerii sztuki, domów aukcyjnych, antykwariatów, serwisów ogłoszeniowych, kolekcjonerów oraz wszystkich innych czytelników, którzy zainteresowani są inwestycjami sztukę oraz wydarzeniami kulturalnymi.

Galeria Inwestora jest częścią znanego w Polsce portalu inwestycyjnego Giełda Inwestora. Portal Giełda Inwestora skierowany jest do czytelników, którzy zainteresowani są poszerzeniem wiedzy z zakresu inwestycji w sztukę, alternatywnych i klasycznych. Poza tym portal aktywnie uczestniczy w rynku sztuki i wydarzeniach kulturalnych m.in. promując bezpłatnie wyróżniających się artystów i ich prace.

W stałej ofercie Galerii Inwestora obecne są prace Artystów, którzy znajdują się dopiero na początku kariery zawodowej oraz profesjonalistów, których dzieła można już oglądać w prywatnych kolekcjach inwestorów na całym świecie. Wkrótce również każdy czytelnik, zainteresowany niecodziennymi inwestycjami będzie mógł odnaleźć w Galerii Inwestora zbiory rzadkich książek, autografów, rękopisów, fotografii, map, zabytków techniki, porcelany, tkanin, monet i mebli.

Zamieszczenie dzieła sztuki lub ogłoszenia w Galerii Inwestora jest bezpłatne. Szczegóły dotyczące publikacji przedmiotów i ich kupna znajdują się w Regulaminie Galerii Inwestora, który dostępny jest na głównej stronie portalu. Giełda Inwestora nie pośredniczy pomiędzy kupującym i sprzedającym, dlatego czytelnicy zainteresowani inwestycją nabywają dzieła bezpośrednio od sprzedającego i bez zbędnej dodatkowej marży pośrednika.

Źródło: gielda-inwestora.pl

Written by kolekcjonersurowcow

13 Czerwiec 2012 at 18:58

Inwestycja w sztukę młodych malarzy przynosi zyski

z jednym komentarzem

Z roku na rok sprzedaje się u nas coraz więcej dzieł młodych malarzy. Obrazy są rozchwytywane nie tylko dlatego, że trafiają w gusta bogacących się Polaków. Można na nich także zarobić.

Młotek licytatora opadł z hukiem. – 10 tys. zł po raz trzeci. Sprzedane – oznajmił, kończąc emocjonującą aukcję. Wyjściowa cena obrazu „Sen” autorstwa 25-letniej Zofii Błażko, która rok temu ukończyła ASP w Gdańsku, została przebita dwudziestokrotnie. Jej sukces nie jest wyjątkiem – dzieła młodych twórców sprzedają się w naszym kraju coraz lepiej, bo stają się dobrą inwestycją. Każdego roku ich wartość rośnie nawet o 25 proc., a zyski mogą być wielokrotnie wyższe, jeśli twórca zyska uznanie na światowym rynku, jak swego czasu Wilhelm Sasnal.

Na młodych twórców postawił Dom Aukcyjny Desa Unicum. W grudniu 2008 roku odbyła się pierwsza licytacja ich prac. – Przygotowania trwały kilka miesięcy. Chcieliśmy zaproponować klientom, których nie stać na kupno prac uznanych artystów, coś więcej niż reprodukcje znanych dzieł sprzedawane w księgarniach czy sklepach z wyposażeniem wnętrz – mówi „DGP” prezes Juliusz Windorbski. Dlatego jego firma postanowiła sięgnąć po artystów jeszcze bez wyrobionego nazwiska. – O ile w galerii klient, który nie zna się dogłębnie na sztuce, wybiera prace, kierując się jedynie gustem, u nas otrzymuje obrazy, które zostały ocenione przez ekspertów pod względem warsztatowym, i zyskuje pewność, że ich twórcy wykazują potencjał rozwoju – dodaje Iza Rusiniak, dyrektor działu sztuki współczesnej Desa Unicum.

Rozchwytywani młodzi

Na siedmiu aukcjach dzieł młodych twórców, które do tej pory zorganizowano, dom aukcyjny sprzedał aż 94 proc. wystawionych prac. Wynik imponujący, bo na każdej licytowane jest ich około stu. W sumie do tej pory obroty Desy Unicum z tego tytułu sięgnęły miliona złotych. Ale rynek dopiero się rozkręca. – W 2010 roku nasze licytacje odbyły się cztery razy, w tym będzie ich już sześć – opowiada Windorbski. Na przyszły rok zaplanowano już dziesięć kolejnych. To dlatego, że zainteresowanie pracami młodych twórców nieustannie rośnie. W każdej aukcji bierze udział nawet 200 kupujących. Dla porównania na licytacje dzieł sztuki klasycznej przychodzi góra kilkanaście osób.

Są dwa powody takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, na aukcjach sztuki dawnej ceny wywoławcze są wysokie, a po drugie, jej podaż jest niska. – Na Zachodzie, z którym się porównujemy, istniało mieszczaństwo, które przez wieki zbierało obrazy i rzemiosło artystyczne. U nas klasa mieszczańska była dużo skromniejsza, do tego doszły straty wojenne. Dlatego domy aukcyjne, walcząc o dzieła, prześcigają się w oferowaniu właścicielom wysokich cen. Jeżeli cena wywoławcza obrazu jest wysoka, to już na starcie odpada ok. 80 proc. klientów, którzy wzięliby udział w licytacji – wyjaśniał w jednym z wywiadów Jacek Kucharski z Sopockiego Domu Aukcyjnego. Eksperci wskazują, że właśnie dlatego młode pokolenie artystów ma szansę zapełnić lukę na rynku, i podkreślają, że najsłynniejsze prywatne zbiory na świecie powstały dzięki temu, że kolekcjonerzy kupowali obrazy malarzy, którzy dopiero byli odkrywani przez rynek. I przytaczają przykład Wilhelma Sasnala (rocznik 1972). Ci, którzy kupili jego obrazy, gdy był mało znanym malarzem, zrobili bardzo dobry interes. Wartość dzieł tego twórcy poszybowała w górę, od kiedy niektóre z nich znalazły się w zbiorach m.in. Saatchi Gallery i Tate Modern w Londynie, Centrum Pompidou w Paryżu, Museum of Modern Art i Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku oraz zuryskiej Kunsthaus.

System prowadzenia licytacji młodych twórców jest zawsze taki sam. Cena wywoławcza każdego dzieła jest ustalona na 500 zł. Do 1 tys. zł – oferowaną cenę podnosi się o 50 zł, do 2 tys. zł – o 100 zł, do 5 tys. zł – o 200 zł. Powyżej 5 tys. zł już o 500 zł. Od wylicytowanej ceny dom aukcyjny pobiera 15 proc. marży. Jak ma się to do cen rynkowych?

Rekordowe wysokie ceny, poza pracą Błażko, uzyskały „Cisza” Ilony Herc, która wraz z opłatą aukcyjną została sprzedana za 8625 zł, i „Krawcowe” Pawła Skurskiego, na które nabywca wydał 8050 zł. Kilka obrazów sprzedano za ponad 5 tys. zł. Są też statystyki dotyczące łącznej wartości prac sprzedanych przez poszczególnych artystów. Magdalena Ślusarczyk zarobiła na obrazach ok. 20 tys. zł, podobnie Katarzyna Szeszycka. Czym przyciągają klientów? „Ślusarczyk oddala się od realizmu w stronę idealizmu, maluje ukazane w zaskakujących skrótach perspektywicznych subtelne kobiece postacie pogrążone w zadumie, melancholijne ukazane na tle wnętrz lub architektury. Katarzyna Szeszycka tworzy inspirowane kadrem fotograficznym skróty rzeczywistości, których stylistyka może kojarzyć się z komiksem. Tematem jej prac są dzieci i młodzi ludzie, często żyjący w swoim świecie, niedostępnym i niezrozumiałym dla dorosłych. Ich świat jest prostolinijny, czasem brutalny. (…) Na podstawie tych kilku wyników można stwierdzić, że klienci w twórczości najmłodszych artystów zdecydowanie preferują sztukę przedstawiającą” – stwierdza komentarz eksperta Desy Unicom.

Ale Windorbski mówi o jeszcze innym mechanizmie, który powoduje zwiększenie popytu na nieznanego twórcę. – Młodzi ludzie kupują za niewielkie pieniądze atrakcyjny obraz, którym dekorują mieszkanie. Podczas spotkania obraz wpada w oko ich znajomym. Dowiadują się, kto go namalował i gdzie go kupili. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem ci znajomi pojawią się na kolejnej licytacji i nabędą inny obraz tego autora – mówi nam Windorbski. W ten sposób rosną także renoma malarza i ceny, za jakie są sprzedawane jego dzieła.

Choć na początku wylicytowane ceny nie są z reguły oszałamiające, udział w aukcjach stanowi dla artystów bez nazwiska idealną możliwość pokazania się szerszej publiczności. Licytacje obserwują nie tylko krajowi, ale również zagraniczni koneserzy sztuki. Jeden z internetowych portali zajmujących się sztuką informacje o aukcjach rutynowo rozsyła do przeszło 12 tys. klientów. – Służą one artyście nie tylko jako miejsce sprzedaży, ale też do promocji nazwiska i twórczości oraz nawiązywania kontaktów. Chodzi o możliwość zaprezentowania się obserwatorom z galerii czy marszandom – opowiada „DGP” 34-letni Robert Motelski, absolwent Wydziału Malarstwa Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie.

Zysk przed śmiercią

Jak przyznaje, dochody z licytacji stanowią stały przychód jego budżetu. – Choć malarstwo nie jest żyłą złota, można się z tej profesji utrzymać, szczególnie że zainteresowanie młodą sztuką rośnie, a na pewno ma ona już stałe i dość liczne grono obserwatorów – dodaje. Podkreśla, że na przestrzeni 7 lat ceny, za jakie sprzedaje swoje prace w Polsce, wzrosły o blisko 40 proc. i obecnie są już niewiele niższe od tych, jakie oferują mu zagraniczne galerie.

Ale jak przekonuje Windorbski, młodzi twórcy przede wszystkim powinni koncentrować się na rodzimym rynku. – Jest jeszcze nienasycony. Zanim się zapełni, miną co najmniej trzy lata. Kolejny ważny argument przemawiający za polskim rynkiem to bogacące się społeczeństwo i powstająca klasa średnia, która już inwestuje lub za chwilę będzie inwestowała w sztukę – przekonuje prezes Desy Unicum.

O tym, że rynek sztuki wyszedł już z epoki kryzysu, świadczą statystyki. W pierwszej połowie 2011 roku obroty aukcyjne Desy Unicum wyniosły 4,2 mln zł, co oznacza wzrost o prawie 40 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Tendencje wzrostowe najwyraźniej można zaobserwować w przypadku sztuki dawnej oraz współczesnej, które łącznie odpowiadają za ponad 80 proc. aukcyjnej sprzedaży. A to oznacza, że doceniony artysta może zarobić na swoich pracach jeszcze przed śmiercią.

Źródło: http://www.gazetaprawna.pl, 10.09.2011

Written by kolekcjonersurowcow

29 Wrzesień 2011 at 15:48

Witkacy kontra Schulz

Skomentuj »

Aukcyjna jesień nie obfituje w rekordy. Pojawiają się jednak ciekawe dzieła po niewygórowanych cenach wywoławczych. To dobry wabik na kolekcjonerów, którzy są coraz ostrożniejsi i nie sięgają tak chętnie do portfeli, jak to bywało przed rokiem. Licytacje dwóch pasteli Witkacego i autoportretu Schulza przypomniały jednak najlepsze czasy zagorzałej walki o zdobycie upragnionych dzieł.

Zdecydowanie większym powodzeniem cieszą się obrazy nisko wyceniane. Spod młotka spadł więc np. w Agrze Art Malczewski za 230 tys. zł, a w Rempeksie za inne jego działo oferowano o 30 tys. zł mniej od ceny katalogowej. Nie oznacza to jednak, że zainteresowanie sztuką zmniejsza się. Podczas aukcji zorganizowanej w Brystolu przez DA Agra Art sala pękała w szwach, a to nie zdarza się często. Wiele osób zarejestrowało się do licytacji, pojawili się też nowi klienci, którzy przyszli nie tylko z ciekawości.

Dwie Marie

Najwięcej emocji wzbudziły wielkiej urody portrety autorstwa Witkacego, najpiękniejsze, jakie pojawiły się w ostatnich latach na rynku aukcyjnym. Miały też udokumentowaną proweniencję, co w przypadku Witkacego jest rzeczą bardzo ważną, bo jak wiadomo w galeriach wisi więcej jego dzieł, niż byłby w stanie namalować przez całe życie.

Tak więc portrety dwóch Marii – Kasprowiczowej i Dąbrowieckiej – postanowił zdobyć nie jeden kolekcjoner, a zapałały do licytacji podsycały niskie ceny wywoławcze: 15 i 22 tys. zł. Oba pastele powstały u schyłku życia Witkacego, jeżeli przyjmie się za prawdziwą wersję jego śmierć samobójczą w 1939 roku, bo w ostatnich latach budzi ona sporo wątpliwości (zwłaszcza że w jego grobie znaleziono 30-letnią Ukrainkę). Pewne jest natomiast, że pod koniec lat 30. twórczość Witkacego uległa zmianie. Ograniczył eksperymenty z narkotykami, papierosy starał się zamieniać na fajkę, a na portretach coraz częściej pojawiały się adnotacje o liczbie dni przeżytych bez alkoholu. To też lata, w których powstało wiele portretów pięknych kobiet o powiększonych, wyrazistych, lekko skośnych oczach, cienkich brwiach i wyraźnie zarysowanych ustach podkreślonych czerwoną kredką. Pojawiały się na nich adnotację „T.E”, które według Regulaminu Firmy Portretowej oznaczały przynależność do typu E, zakładającego „dowolność interpretacji psychologicznej”, choć w rzeczywistości oznaczane tak były portrety kobiet, które artysta uznawał za piękne.

Wizerunki obu Marii noszą właśnie takie oznaczenia. Portret Marii Dąbrowieckiej jest też sygnowany dodatkową literą B, która oznaczała malowanie z „pewnym podcięciem cech charakterystycznych, co nie wyklucza ładności w portretach kobiecych”. Sygnatura składa się również z innych skrótów. „NP6r” oznacza, że podczas pracy nad portretem artysta sześć razy powstrzymał się od palenia, „N? od BN“, że nie pił alkoholu od Bożego Narodzenia a „NP FZZ 14”, że od 14 dni nie palił fajki z zaciąganiem.
Z oznaczeń na portrecie Marii Kasprowiczowej wynika, że artysta podczas portretowania powstrzymał się pięć razy od zapalenia i nie pił, ale za to cierpiał na glątwę, czyli kaca. Nie przeszkodziło mu to jednak w delikatnym uchwyceniu rysów modelki. Portret Marii Dąbrowickiej został sprzedany za 64 tys. zł, a Marii Kasprowiczowej za 50 tys. zł.

I pomyśleć, że na „Portret kobiecy” z 1938 roku utrzymany w tej samej konwencji, a wystawiony pięć lat temu w krakowskiej Desie za 20 tys. zł, chętnych nie było…

Niskie ceny, duże przebicia

Dużo emocji przyniosła też licytacja jednej z najładniejszych akwafort Norblina „Starzec piszący” z 1781 roku, wystawionej za zaledwie 1 tys. zł. Młotek przybił więc z dużym przebiciem 4,8 tys. zł. Zaciekle walczono o „Zielony pejzaż” z 1895 roku Romana Kochanowskiego, pejzażysty związanego z monachijskim Kunstverein i Kunstlergenossenschaft. Za obraz wyceniony w katalogu na 6 tys. zł, nowy nabywca musiał dać 25 tys. zł. Za drugie płótno tego artysty „W cienistym sadzie” wystarczyło zapłacić 12 tys. zł, ale i dziełko jest miniaturką. Ma bowiem zaledwie 9 na 17 cm.

Ponad trzykrotne przebicie uzyskał olej „Po żniwach” z 1929 roku Iwana Trusza, ucznia mistrza pejzażu Jana Stanisławskiego i Leona Wyczółkowskiego, sprzedany za 16 tys. zł. Za 6 tys. zł (po pięciokrotnym przebiciu) można było zdobyć akwarelę „Trawy” Leona Wyczółkowskiego z 1928 roku.
Najwyżej wycenioną pracą w katalogu Agry Art był „Autoportret z Muzą” Jacka Malczewskiego z 1924 roku. Mimo że autoportrety tego artysty cieszą się zasłużonym zainteresowaniem, a ten, pełen ekspresji, należy do najciekawszych, nikt nie kwapił się do oferowania za niego wywoławczych 230 tys. zł. Dużo łatwiej było wyasygnować 45 tys. zł na „Autoportret z gałązką klonu”. Być może na aukcję nie trafił kolekcjoner, który trzy tygodnie później zaoferował w Desie Unicum za „Autoportret na tle dworu w Wielgiem” tego artysty 340 tys. zł.

Nie zawiódł natomiast Alferd Wierusz-Kowalski. Cena katalogowa jego płótna „W drodze na jarmark” z lat 70. XIX wieku – 140 tys. zł szybko wzrosła do 205 tys. zł. I była to najwyższa cena jaką przybił młotek na aukcji w Brystolu. Kolekcjonerzy docenili też uroczy „Widok z Sorrento” z 1917 roku Edwarda Okunia, za który zaoferowano 126 tys. zł, 36 tys. powyżej ceny wywoławczej. To jedna z najwyżej wycenianych prac tego artysty. Więcej zapłacono jedynie za „Widok na Raguzę” – 137 tys. zł, ale było to w 2000 roku, a to na polskim rynku aukcyjnym była zupełnie inna epoka.

Twarzą w twarz z Schulzem

Ciekawych prac nie brakowało również w Desie Unicum, choć niewiele zmieniło właściciela. Najdrożej sprzedano wspomniany już „Autoportret na tle dworu w Wielgiem” Jacka Malczewskiego – za 340 tys. zł, choć to 40 tys. poniżej ceny wywoławczej.

Najwięcej emocji wzbudził jednak „Autoportret” Bruno Schulza, jeden z niewielu rysunkowych autoportretów artysty opisany u dołu: „Jak wyglądam? Czasami widzę w lustrze. Rzecz dziwna, śmieszna i bolesna! Wstyd przyznać. Nie widzę się między en face twarzą w twarz. Ale trochę głębiej, trochę dalej, stoję tam w głębi lustra nieco z boku nieco profilem, stoję zamyślony i patrzę w bok.” (B. Schulz, Samotność). Po zaciekłej walce między kolekcjonerami, rysunek zmienił właściciela za 78 tys. zł, 28 tys. powyżej ceny wywoławczej.

Miejsce w kolekcjach zmieniły również: „Na popasie” Władysława Szernera za 165 tys. zł, dwa obrazy Rajmunda Kanelby: uroczy „Chłopiec z harmonią” (28 tys. zł) i „Martwa natura z lampą naftową” (23 tys. zł) „Dziewczynka z lalką” Eugeniusza Zaka (105 tys. zł), „Pejzaż z Cassis” Józefa Pankiewicza (150 tys. zł) i „Wypuszczenie gołębi” Zygmunta Menkesa (78 tys. zł).

W tym roku warto było też zajrzeć na listopadową aukcję w DA Ostoja ze względu na rysunek Jana Matejki „Zamordowanie diabelskie króla Heroda” z 1878 roku. Wystawiony za 8 tys. zł, został sprzedany za 14 tys. zł. W Rempeksie można było natomiast kupić „Węże wodne”, druk unikatowy Gustava Klimta za 1,7 tys. zł, ale chętnych nie było, bo druk wciąż nie jest traktowany jak sztuka. Nie było też amatora na „Stroje polskie” Zofii Stryjeńskiej za 30 tys. zł, na „Sobótki” w tej samej cenie, ani na „Zaloty” za 32 tys. Ceny były w tym przypadku za wysokie. Za 23 tys. zł, tj. po cenie wywoławczej, sprzedano natomiast „Portret Anny Przybyłko-Potockiej” Witkacego. Nie dorównuje on jednak urodzie pasteli wystawionych w Agrze-Art.

Chętnie licytowano po cenach warunkowych. Tak było w przypadku „U studni” Jacka Malczewskiego, za który oferowano 120 tys., o 30 tys. mniej od ceny początkowej. Ale to i tak nieźle, ponieważ olej ten ostatnio dość często się pojawiał na aukcjach, ale nie mógł zmienić właściciela. Na początku 2008 roku bezskutecznie żądano za niego 160 tys. zł, a w 2007 roku wystawiony był nawet za 190 tys. zł.
W dalszym ciągu warto śledzić aukcje charytatywne. Aukcja dla Fundacji Dominik Art Project zorganizowana w Rempeksie jest tego najlepszym dowodem. Za 1 tys. zł można było zostać właścicielem jednej z pięknych fotografii Zofii Kuli z cyklu „Deseń”, za 3 tys. zł teki 10 grafik Jarosława Modzelewskiego, nie mówiąc już o temperach tego artysty, które wystawiono z cenami od 1 do 5 tys. zł.

Źródło: http://www.inwestycjealternatywne.pl, Ewa Bednarz, 23.12.2009

Written by kolekcjonersurowcow

23 Wrzesień 2011 at 15:19

Sztuka rosyjska na polskim rynku

Skomentuj »

Wiele wskazuje na to, że kultura rosyjska przeżywa w Polsce swój renesans. Po okresie buntu związanego z dominacją radziecką odmienność i egzotyka kraju wschodnich sąsiadów zaczyna na nowo fascynować i inspirować.

Na uniwersytetach obserwujemy rosnące zainteresowanie filologią rosyjską, kursy biznes-rosyjskiego przeżywają prawdziwy boom, kina prezentują klasyczne i najnowsze osiągnięcia tamtejszej kinematografii. Słynny Moscow City Ballet czy chór Aleksandrowa święcą w Polsce prawdziwe triumfy zapełniając największe sale koncertowe. Analogiczną ciekawość Polacy wykazują wobec rosyjskiej sztuki, co potwierdzają organizowane z wielkim rozmachem wystawy w prestiżowych galeriach i muzeach (Zachęta, Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, Muzeum Sztuki w Łodzi i in.). Można tam było zobaczyć prace tak wielkich, czy wręcz kultowych postaci współczesnej sztuki rosyjskiej, jak chociażby Kulig, Malewicz, Florenscy, oraz Komar i Melamid. Jak zatem na tym tle wypada polski rynek sztuki rosyjskiej? Jakie są szanse kolejnych inwestycji? Co kupować i za jaką cenę? Odpowiedź na te pytania nie zawsze musi nastrajać optymistycznie.

Teoretycznie najbardziej dochodowym segmentem inwestycji w sztukę rosyjską są dzieła XIX mistrzów, oraz wszelkie pamiątki po imperialnej potędze państwa carów (numizmaty, militaria, fotografie itp.). Problem w tym, że w wyniku ofensywy rosyjskich i ukraińskich „oligarchów” na światowych aukcjach, trudno nabyć podobne artefakty w rozsądnej cenie. Mało tego, z inicjatywy rosyjsko-języcznych kolekcjonerów z polskich rynków znikają obrazy rodzimych artystów, którzy kształcili się na rosyjskich uczelniach, bądź pracowali na zlecenie petersburskiego dworu Romanowów. W ten sposób płótna takich malarzy, jak Aleksander Orłowski (nadworny artysta wielkiego księcia Konstantego Pawłowicza), Henryk Siemiradzki (absolwent i członek Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu), czy Stefan Bakałowicz (stypendysta tejże uczelni) mogą przynieść posiadaczom potężne i pewne zyski. Za płótno Bakałowicza „Trudny wybór” (olej, płótno, 65,5 x 87 cm) warszawski dom aukcyjny żąda 65 tys. złotych, co wydaje się ceną okazyjną, zważywszy na to, że niektóre jego prace w kraju i za granicą osiągają nawet trzykrotnie wyższe ceny. Natomiast płótna Siemiradzkiego, bardzo cenione na największych światowych aukcjach w Londynie, czy w Nowym Yorku, osiągają tam ceny nawet poziomu miliona euro.

Dobrze zarobić można jednak nie tylko na dziełach tak uznanych i rozpoznawalnych artystów. Dość powiedzieć, że w 2007 roku sprzedano na aukcji w Warszawie obraz drugorzędnego malarza, Stanisława Żukowskiego (1873 – 1944 ) za kwotę 140 tys. złotych, podczas gdy jego rzeczywista wartość była trzykrotnie niższa. Podobnie wysokie ceny osiągano za zupełnie przeciętne dzieła tego malarza nawet na aukcjach Sotheby’s w 2007 roku (np. £ 11.875 za raczej nieudany „Krajobraz zimowy”). Tajemnica wysokich cen za dzieła tego polskiego pejzażysty urodzonego koło Wołkowyska na dzisiejszym obszarze Białorusi tkwi w fakcie, że przez kupujących zza wschodniej granicy uważany jest za rosyjskiego artystę. Czynnik narodowy przeważa więc tutaj nad smakiem i gustem artystycznym, pozwalając przeciętnym dziełom na światowych licytacjach osiągać zdecydowanie wygórowane ceny.

Czy zatem rynek sztuki rosyjskiej zamknął się dla polskich inwestorów? Zdecydowanie nie. Dogodną, choć długofalową i wymagającą dobrego rozeznania sferą inwestycji pozostaje malarstwo młodych i zdolnych współczesnych artystów, którzy nie zdążyli jeszcze zaistnieć na rynku sztuki. Szczególnie optymistycznie nastraja malarstwo Olgi Nazarkinowej, Mikołaja Blokhina, czy Pawła Dolskiego uważanych za jednych z najbardziej utalentowanych i najbardziej obiecujących rosyjskich artystów młodego pokolenia. Wielką popularnością ostatnio cieszą się rosyjskich artystów naiwnych: Pawła Leonowa, Katii Medwiedewej, Alewtiny Pyżowej, Aleksandra Biełycha, Aleksieja Kondratienki i Galiny Malcewej. W przyszłości wartość ich dzieł może znacznie zwyżkować w oczach rosyjskich nowobogackich milionerów. O ile oczywiście owe talenty zostaną odkryte, czego w żaden sposób nie można przewidzieć i zaplanować.

Tego rodzaju inwestycje obciążone są zatem sporym ryzykiem. Z drugiej strony jednak nie wymagają ogromnych nakładów finansowych, a mogą przynieść pokaźny zysk. Należy również spodziewać się, że zmiany rynkowe w Polsce spowodują wzrost zainteresowania rynkiem sztuki, jako alternatywną formą lokowania kapitału. Wówczas część rodzimych inwestorów może zwrócić uwagę na rynek sztuki rosyjskiej, o ile fascynacja kulturą wschodnich sąsiadów nie okaże się efemeryczna. Duża tu rola klimatu politycznego, który jednak wciąż pozostaje dość napięty i niesprzyjający wzajemnej współpracy, również w dziedzinie kultury.

Chęć osiągnięcia zysków z alternatywnych inwestycji, obok czysto estetycznej przyjemności może być kolejnym argumentem, dla którego warto odwiedzać wernisaże współczesnej sztuki rosyjskiej, które coraz częściej goszczą nad Wisłą. Wydaje się bowiem, że dzieła młodych artystów zza wschodniej granicy tworzyć mogą najbardziej perspektywiczny segment rynku sztuki z Rosji i innych krajów rosyjskojęzycznych.

Źródło: http://www.inwestycjealternatywne.pl, 30.12.2007

Written by kolekcjonersurowcow

1 Wrzesień 2011 at 07:57

Gdzie i jak kupować sztukę

Skomentuj »

Gdzie kupować sztukę? Czy pracownie artystów faktycznie są dobrym miejscem na zakupy? Czy oferta galerii rzeczywiście jest mniej korzystna? Jakie w tym wszystkim miejsce zajmują domy aukcyjne?

Muszę przyznać, że temat jest bardzo ciekawy, jednak na tak postawione pytania nie da się jednoznacznie odpowiedzieć.Dyskusje o wadach i zaletach kupowania dzieł sztuki w pracowniach, galeriach i domach aukcyjnych są świetnym źródłem wiedzy dla początkujących kolekcjonerów sztuki. Niektórzy krytycy zachęcają do indywidualnych kontaktów z artystami, inni wręcz przeciwnie – twierdzą, że korzystniej dzieła sztuki nabyć można od marszandów i galerników.

Gdzie leży prawda? Jak zwykle pośrodku! W wypadku artystów uznanych, dla przeciętnego klienta próba kupienia dzieła w pracowni może skończyć się nie najlepiej. Wstęp mają tam przede wszystkim osoby znane artyście (np. przyjaciele, krytycy, inni artyści) oraz ewentualnie „wielcy tego świata”. Jeśli do znanego, uznanego czy choćby modnego artysty trafi osoba anonimowa, artysta poda cenę wysoką, słusznie rozumując, że jeśli ktoś włożył tyle starań w znalezienie pracowni, to na pewno bardzo mu zależy na zakupie… Niejednokrotnie w galerii czy na aukcji cena na porównywalne dzieło okaże się niższa. Oczywiście osobiste poznanie artysty i obejrzenie jego królestwa – pracowni jest wartości dodaną i (zdaniem niektórych) rekompensuje potencjalne przepłacenie.

Z drugiej jednak strony, artysta, którego nie promuje galeria czy marszand, ma znacznie mniejsze szanse na zaistnienie w świecie sztuki i wpisanie się w almanachy. Zatem klient, który kupuje prace bezpośrednio od niego lub z Internetu musi liczyć się z tym, że obraz ten w przyszłości może nie zyskać na wartości, natomiast artysta taką sprzedażą nie buduje swojej pozycji na rynku.Na szczęście Polski rynek się cywilizuje i coraz więcej jest artystów, którzy wedle wzorców zachodnich mają umowy na wyłączność czy częściową wyłączność z galeriami czy marszandami, czasami wyłączność dotyczy np. danego miasta. Tego typu współpraca i konsekwentna promocja dzieł i samego artysty jest korzystna dla obu stron. Wyznacznikiem popularności takiego modelu może być pojawianie się wielu młodych, prężnie działających galerii, które zajmują się promocją konkretnych młodych artystów.

Jaką rolę mogą pełnić aukcje? Otóż ceny na aukcjach, szczególnie wywoławcze, są zazwyczaj niższe niż galeryjne, jednak promocja artysty jest nieporównywalnie większa! Ceny i oferty galeryjne są nieweryfikowalne, zwykle też nigdzie niepublikowane, natomiast promocja aukcji obejmuje przygotowanie i dystrybucję katalogu aukcyjnego oraz szeroką informację o wynikach aukcyjnych. Aukcje stabilizują rynek i są punktem odniesienia także dla galerii. Oczywiście artyści nie mają w wypadku rynku aukcyjnego wpływu na jedną rzecz: jakie ceny osiągnie pojawiająca się ponownie na rynku praca, która już dawno opuściła jego pracownię. Ale to, jaką cenę dana praca osiągnie, zależy od pozycji, jaką artysta sobie zbudował przez lata pracy, a raczej jaką zbudowały mu państwowe instytucje sztuki, galernicy i marszandzi… Praca „klasyczna”, wpisująca się w najnowszą historię sztuki jest oczywiście najlepszą inwestycją.

Na koniec mała wskazówka dla początkujących, proste równanie: wartość artystyczna = wartość rynkowa nie istnieje! Wartość artystyczna jest zawsze (nawet jak praca jest „jeszcze” tania), natomiast wartość rynkowa się z czasem zmienia… Warto mieć to na uwadze planując inwestycje.

Źródło: pb.pl, 21.06.2008.

Written by kolekcjonersurowcow

31 Sierpień 2011 at 18:48

Dlaczego nie?

Skomentuj »

Dlaczego nie … zbudować niezależnego i obiektywnego blogu, który systematycznie i w przyjazny sposób będzie dostarczać czytelnikom informacji z polskich i zagranicznych źródeł na temat inwestycji w metale szlachetne, surowce mineralne i … nie tylko?
Dlaczego nie … stworzyć społeczności, której użytkownicy będą spędzać wspólnie czas wymieniając się wiedzą i doświadczeniem?
Dlaczego nie … współpracować z czytelnikami blogu, tak aby i oni zamieszczali w nim własne artykuły
i kształtowali jego unikalny charakter?
Dlaczego nie … sprawdź sam?

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: